Ameryka Południowa w 45 dni – dlaczego nie?

Dlaczego Ameryka Południowa?
Ano – przez przypadek. Jak większość moich podróży.
(uwielbiam tę cudowną przypadkowość świata!)

Gdy byłem drugi raz w Stanach Zjednoczonych, tym razem był to wypad prywatny, a nie w celach zawodowych. Zrobiłem wtedy całkiem niezłą objazdówkę. I gdy pomieszkiwałem sobie przez tydzień w Hollywood na Sunset Boulv. poznałem fantastyczną parkę z Brazylii: Cassinara i Baiano. Dnie spędzaliśmy osobno (ja doznawałem codziennie mentalnych orgazmów miłośnika filmu czy to w studio Warner Bros, czy w Universal Studio, pod znakiem Hollywood czy na Mulholland Drive), ale wszystkie wieczory spędzaliśmy razem. Po to się podróżuje – dla miejsc i dla ludzi!

Ponieważ Cassi nigdy w życiu nie widziała śniegu, a jest w moim wieku, zaprosiłem ich do Polski. Oni z kolei zaprosili mnie do Brazylii, o której zresztą wielokrotnie rozmawialiśmy.
Ta, Brazylia to było odległe marzenie. Wiedziałem, że kiedyś tam dotrę, ale że już?
Eeee…
Rozjechaliśmy się. Ja kontynuowałem podróż po USA (San Francisco, Washington D.C., Philadelphia, Niagara Falls, Buffalo, Miami, Key West, Las Vegas, Grand Canyon, Los Angeles, Peach Springs), a oni wrócili do Porto Alegre. Kontakt utrzymywaliśmy wyłącznie przez neta.

Aż tu któregoś dnia Cassi wyskoczyła z zapytaniem czy do nich przylecę.

– No chciałbym, ale te ceny biletów to nie na moją pensję.- powiedziałem jej.
– Ok, daj mi kilka chwil.

Rozłączyliśmy się, ja wróciłem do pracy.
Wieczorem dostaję na maila… bilet do Brazylii!
Że łot?
Że co?
Ke?
Dzwonię do niej.
– No tak, kupiłam ci bilet z Rzymu do Salvadoru.

Ech, opowiadałem jej, że jak już zawitam do Brazi chciałbym zobaczyć Salvador i Rio de Janeiro. No to mam bilet do Salvadoru.

Niedowierzanie przeciążyło moje serce, bo jak to możliwe, że są jeszcze tacy ludzie na świecie?! Obiecałem sobie, że ja też będę taki dla moich przyjaciół – i od tamtego czasu nie mam problemu ze stawianiem ludziom biletów lotniczych w formie prezentów, aby lecieli ze mną. Tak, wiem jak to brzmi. Stawia bilety lotnicze, bogacz jebany! Wszak często taki lot  jest jednak tańszy, niż pociąg do Sopotu. Chociażby w minionym roku zabrałem ze sobą w podróż Patryka do Mediolanu, Przemka do Manchesteru  na jego ulubiony stadion, Tobiasza do Szkocji na whisky czy byłem z Patrykiem w Barcelonie na meczu jego drużyny. Tak, dla moich Przyjaciół wszystko…

Obiecałem, że oddam jej pieniądze za bilet, co też później uczyniłem.

Ten gest sprawił, że nie miałem wyjścia. Poleciałem na 1,5 miesiąca do Ameryki Południowej.

PLAN

ETAP 1

Krapkowice – Opole

Opole – Katowice PKP

Katowice PKP – Lotnisko

Katowice Lotnisko – Rzym

Rzym – lotnisko – Termini

Termini – Fiumicino

Fiumicino – Madrid

Madrid – Sao Paulo

Sao Paulo – Salvador Airport

Salvador Airport – Praca de Se

ETAP 2

Praca se Se – Salvador Airport

Salvador – Rio Gen.

Rio Gen. – Botafogo

ETAP 3

Botafogo – Rio Gen.

Rio – Porto Alegre

ETAP …..?

improwizacja

Tak zatem przedstawiał się mój plan podróży, a raczej plan na pierwsze dwa tygodnie. Trochę bawił mnie etap 1, bo to wszystko miałem zrobić w trzy dni, by dostać się ode mnie do Salvadoru.
We’ll see.

DZIEŃ 1

Siedzę w Katowicach, ul. Andrzeja.

Dopiero teraz zaczynam opisywać, gdyż  wcześniej – to dziwne – niby czas był, a jednak go nie było. Skomplikowane.

Na uszach mam movie sounds, a za sobą zupełnie nieplanowaną podróż wspólnie z Markiem do Kato. Spotkaliśmy się przypadkiem w Opolu. Podróż minęła bardzo szybko, a i tematy arcyciekawe. Marek jest konserwatorem polichromii w Krakowie, zatem mieliśmy tematy o muzeach Paryża, wrażenia z Pompidou, trochę mu opowiedziałem o muzeach w USA [Rodin w Philly!]. Lubię rozmowy o sztuce, zwłaszcza z osobami, które wiedzą więcej ode mnie. Mądrego to i dobrze posłuchać! O ile się nie wymądrza, a mądrość jego płynie naturalnym tokiem w trakcie rozmowy… Bo takich osób [kyrie!] to słuchać mi się nie chce. Podobnie jak debili, którzy myślą, że mądrze mówią. Kto rodzi się prostakiem, prostakiem przemija, choćby słoma w butach ze złota była. Tak! To z Markiem nie, z Markiem level odpowiedni.

Po przyjeździe do Kato zapytał czy jeszcze piszę. A jednak się przydało! Intuicja przy pakowaniu nie zawiodła. Wyciągnąłem więc tomik swój. Jeden z trzech, które wziąłem na wypad. I wręczyłem mu jako prezent.

Teraz siedzę na zewnątrz, słoneczko niezbyt nachalne […] Czekam na busa na lotnisko. I za niedługo będę już w Rzymie.

O tempora! O mores!

Świat skurczony…

16:30

Już na lotnisku.

Czekam na boarding. Dzwoniłem, ale telefonu nie odebrał ode mnie nikt, ani mama, ani Szymon. A jak nie dzwonię to jest afera, że nie daję znaku życia.

Nic na siłę.

———-

Ok. 23:00, choć pewności nie mam.

Skończył się mecz Francja-Islandia [5:2].

Znalazłem całkiem przyjemną knajpkę, do której zaprosiła mnie pizza patrząca na mnie z wystawy. Taka z pomidorkami [ach, jakże inaczej tu smakują!], rucollą, grzybami i parmezanem. I duże Azzuro. Jakieś 30m obok fontanny di Trevi. Tzn. zaraz tam pójdę, ale narazie pizza, piwo i mecz. We Włoszech gluten przecież nie działa!

Lot przeleciał (nomen omen) szybko, bo większość czasu w samolocie przespałem. Nauczyłem się już odsypiać w samolotach czas nieprzespany na lądzie. Ale do startu i lądowania włączyłem sobie soundtrack z „Interstellar”. No mistrzostwo! To tykanie zegara z „Mountains”, gdy samolot stoi na początku pasa startowego i czeka na pozwolenie na start, i to narastanie dźwięków gdy samolot odrywa się od ziemi i powoli widzi się przestrzeń z góry, a potem tylko pojedyncze dźwięki, gdy już pode mną chmury… cudowne! To chyba teraz stanie się moim soundtrackiem do każdego lotu.

Trochę szkoda mi Islandii… Nawet im kibicowałem.

Gdy z lotniska Campino przyjechałem na Termini doszedłem do hostelu. Choć samo znalezienie na lotnisku Campino busów Terravision też było dziwne, bo oznaczeń żadnych nie ma. Jedynie szukałem pani/pana z kamizelką firmy. Udało się.

W samym Rzymie z kolei miałem problem ze znalezieniem hostelu, bo również żadnego oznaczenia na ścianach ani drzwiach nie ma. Chodziłem w kółko wokół tego adresu, aż w końcu zapytałem jedną z przechodzących dziewczyn, dosyć ładną nawiasem mówiąc (lubię Włoszki), gdzie tu jest Two Duck Hostel (już dawno przestałem się zastanawiać nad znaczeniem nazw hosteli). Zaprowadziła  mnie i okazało się, że byłem obok, tylko, że jedynym oznaczeniem był napis na jednym z wielu domofonów.

Starodawną windą chyba na trzy osoby zaledwie pojechałem na piąte piętro, gdzie mieści się recepcja. A w niej hindus. Sam hostel dosyć średni, a warunki są bardzo podstawowe. Tak na jedną noc za 12e akurat. W pokoju jakieś młode synki z Francji. I jeden wiatrak, substytut klimatyzacji.

Szybko się umyłem, wziąłem do plecaka najbardziej wartościowe rzeczy (bo choć na stronce pisali, że są lockersy to jednak wszystkie były zajęte) i poszedłem w miacho.

Ach, cudownie znów być w Rzymie. Gdy byłem tu pierwszy raz to w ogóle nie chciałem iść do Koloseum. Gdy byłem drugi raz – już chciałem. Teraz, gdy jestem po raz kolejny to był mój pierwszy cel. A potem Łuk Triumfalny i Fori Imperiali i każde miejsce, które zaliczyłem z Łukaszem. A w samolocie widziałem z góry jezioro Bracciano. Aż szkoda, że Łukasza już nie ma…
Trudno.

Potem Foro di Augusto, Colonna Traiana, teraz żarło, zaraz di Trevi. Lubię nocne uliczki Rzymu.

Do Watykanu nie idę.  Nie chce mi się. Byłem już, więc wystarczy.

Kupiłem winko i siądę sobie w hostelu na balkoniku, albo może przy fontannie lub jakimś miejscu pełnym ludzi.

Lubię ten klimat.

Freedom!

00:16

Jednak balkonik. Tudzież quasi-balkonik. Taki bardziej pierdolnik-wychodek, niż balkonik. Ale na świeżym powietrzu i z widokiem na inną kamienicę. Obok Birra Moretti. Nasze piwo z wypadu w Dolomity. Marmolada [3343 m.n.p.m.] zdobyta.

Rano muszę się odprawić, wydrukować kartę pokładową [gdzie?], popracować i doładować telefon. Tylko nie mam pojęcia czy gdzieś będzie taka opcja.

Trochę połaziłem wieczorowo-nocnie po tym Rzymie. Cassinara już czeka na mnie gdzieś tam w Brazylii. Ja właściwie też – na nią. Tylko po drodze jeszcze Madryt, Sao Paulo, Salvador i Rio.

It’s good to be me! 🙂

Mam tu kabanosy i wafle ryżowe. I nie chce mi się jeść. Tamte wafle w czekoladzie oddałem panu żebrakowi w Kato. Usiadł na ławce niedaleko mnie i zjadł wszystkie. Nie wyrzucił…

Duszno tu. Źle się będzie spać.

Siedzę bez koszulki. Wiatr delikatnie powiewa. W pokoju wiatraki. Niczym moja Techika, która nieraz uratowała powietrze na Monio.

Mógłbym znów…

Tak.

INFO PRAKTYCZNE

Rzym – Lotnisko Campino [CIA]

Hostele – Włochy


Comments are Closed

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress