Autologia niecenzuralna, czyli nerwy na pierwszym miejscu w podróży Sao Paulo – Salvador

Poprzedni dzień opisałem tutaj:

Dzień w locie między Rzymem, Madrytem a Sao Paulo

10:12 czasu polskiego.

Za oknem samolotu głęboka noc.

Większość trasy przespałem. To dobrze, choć lot jeszcze trwa. Mam nadzieję, że pomimo opóźnienia zdążę na samolot do Salvadoru.
Kyrie!
To prawie jak loteria z przesiadkami w PKP. Zdążę czy nie zdążę?

Wczorajsza kolacja w samolocie była całkiem smaczna: ryż z piersią i pieczone warzywa. I białe winko do tego. Nie było słychać Eduardo, ale za to pani przede mną, która ciągle się mizia z drugą panią, wierci się na tym fotelu jakby siedziała na gwoździu. Pewnie dlatego się tak wierci. Choć z tego co widzę nie ma w zwyczaju siadać na gwoździu.
Kurwa, przestań! – upominam siebie.

Moje długie nogi nie przepadają za taką ciasną przestrzenią. Jak ja wytrzymuję w tych jaskiniach?

6h snu.

Na śniadanie brzoskwinia i kanapka z wafli ryżowych, zresztą średnio świeżych. Ale dzięki temu brzuszek spokojny, to fakt.

Co trochę w dole pojawiają się pojedyncze skupiska świateł. To wyspy jakieś?
Na wyspę też popłynę.

Big Mama nie była uciążliwą współpasażerką. Spotykam na swojej drodze pozytywnych ludzi.
Poza Edu. Tak na niego wołała bita przezeń siostra.

Tak więc se siedzę w aeroplanie i se lecę do Brazi! 🙂
Deo gratias!

12:50 czasu polskiego, ale chyba trzeba przejść na czas miejscowy, czyli … 7:50.

Stąd wniosek, że już  wyprawy DZIEŃ 3. Ale żeby nie było za łatwo oczywiście musiało się pokomplikować.

I tak jest kurwa zawsze, zawsze no! Człowiek chce se tu polatać, żeby coś tu fajnie było, ale się nie da, no nie da się. Kurwa…
„Film, że mucha nie siada”

Godzinne opóźnienie Air Europa sprawiło, że wcale nie byłem pewien czy zdążę na Aviancę do Salvadoru. Miła pani wbiła mi pieczątkę do paszportu, dała mi kartkę, której za cholerę nie mogę zgubić, bo oddaje się ją podczas opuszczania Brazylii, a bez tego mogą być kłopoty – i pobiegłem po bagaż pod taśmy.
Czekam i czekam – nie ma.
Czas do odlotu następnego samolotu leci.
Chce mi się siku. Chuj tam z siku, byle zdążyć. Czekam.
Wyjeżdżają na taśmach kolejne bagaże, ale mojego oczywiście nie ma. Ciekawe czy w ogóle tu doleciał?
Bywa.
Nawet Eduardo odebrał już bagaż.
Ja stoję. Szukam w plecaku podręcznym wody, ale nie mam. O której zamykają bramki mojego kolejnego lotu? Nie wiem, ale wiem o której jest lot. Czasu mam mało. A właściwie to już go nie mam. Dlaczego ja muszę ponosić odpowiedzialność za spóźnienie Air Europy? Plecaka wciąż nie ma. Trudno, wyluzuj, przygoda.  Najwyżej będę koczował do przebukowanego lotu. O ile się dogadam, bo ja po portugalsku to raczej średnio.

Nagle… jest! Niczym w zwolnionym tempie wyłania się spod gumowej firany. I czekam aż objedzie po tej taśmie pół lotniska i dojedzie do mnie. Chwytam i lecę. Ale gdzie?!
T2. Po znakach.
Znów obycie i orientacja. Może jeszcze zdążę? Minuty lecą jak sekundy. Oczywiście teraz połowa ludzi na lotnisku wymyśliła sobie, że właśnie w tej chwili przystanie, zawróci lub przetnie mi drogę.

Widzę z oddali znak AVIANCA i kolejka. Ufff, jeszcze ludzie stoją, by oddać bagaż. Staję i ja. Powoli wraca mi oddech. Powoli kolejka się przesuwa. Mija kilka minut. Szybciej! Ale chyba skoro tu jestem już w kolejce to raczej mnie tu nie zostawią? To nie Izrael…

Nagle patrzę, a przy stoiskach z paniami nie ma taśm na bagaże. Chce mi się lać! Rozglądam się. Gdzieś mi miga napis „Check in” i strzałka prosto. Więc pytam czy check in do Avianci to tu? Oczywiście, że nie. To punkt dopłat za bagaże. To kurwa przedzieram się pod prąd przez kolejkę i z dwoma plecakami znów biegnę. Check in jest w innej hali! Właściwie nie dziwi mnie to już.

Biegnę.

Pytam pana strażnika, a on wskazuje na stoisko, gdzie na telewizorku nad wejściem nie ma już napisu Salvador, a jest clossed out. Ale stoi kilka osób. Staję i ja. Zleję się! Ale stoję. Spocony jak świnia. O ile świnie się pocą. O czym ja właściwie teraz rozmyślam?! Już jestem następny w kolejce do checkinu, aż tu nagle jakiś dziadek wychodzi z innej strony, uśmiecha się do mnie i… wpierdala się przede mnie. Tak po prostu na bezczelnego. W normalnych warunkach bym go wpuścił nawet, gdyby zapytał, ale co to ma być!? Nie wiem czy pozwolić panu na tę samowolkę bez pytania, bo to w końcu starszy jegomość przecież czy rzucać kurwami i opierdolić, bo samolot może mi uciec? Ale nawet nie wiem jak jest po portugalsku: „Szanowny panie, wypierdalaj pan z kolejki!”, więc stoję.

I po co te nerwy? To tylko samolot, jesteś na wakacjach, lubisz improwizacje i nieplanowane wydarzenia – mówię do siebie w myślach.

Ale przepadnie mi opłacony samolot i miejsce w hostelu. – odpowiadam sam sobie.

Kończę tę dziwną autologię i przypominam sobie, że przecież dobroć, jaką okazujemy innym zawsze do nas wraca. Kończę więc wyzywać pana w myślach, reguluję oddech i kontroluję swoje myśli. Pot cieknie mi spod pachy. Czuję ten ciurek. Ciurek, kurwa?

Ja następny. Pan steward dał mi bilet i przyjął bagaż – nie było kłopotu.

Tak, ale jeszcze trzeba przejść przez bramki kontrolne. Jak będzie dużo ludzi to po ptokach. Ale bagaż przyjęli, więc chyba będzie ok.

Idę.

A tam znów – mam wrażenie – pół lotniska w kolejce. Za 4 min. zamykają wejścia do samolotu, a ja jeszcze przed bramkami. Normalnie kurwa powtórka z Izraela. Tylko, że tutaj sam. I nikt nie żartuje, że ma pistolet w plecaku. [ależ to była tempa dzida!]

Jednak w miarę sprawnie to wszystko przeszło, bo siedem pasów kontrolnych działało.

Ok, przeszedłem bez problemu.

Gate 206.

Ale kurwa gdzie to jest?

W prawo. Mknę. Z plecakiem podręcznym, więc już lżej. Zapomniałem nawet, że chce mi się siku. Chyba już mi się nie chce siku. Trzeba zjechać piętro niżej.
Jadę.

Jest! Gate 206.

Podchodzę, a tam długa kolejka. Nikt nie wsiadł?

Patrzę na screen, a tam… Porto Alegre. Spoglądam na bilet – no tak, gate 206. Jestem we właściwym miejscu. Aha, spoko, no to mój samolot odleciał, a ten już jest następny. Fajnie. Mery kristmas.

Rozglądam się bezradnie i … dostrzegam na screenie gate’u 207 napis Salvador. Ale tylko stewardessy są. Nikogo innego. Zmienili gate’a, chuje! Zrezygnowany podchodzę i pytam spokojnie czy to tu.

– Tak, autobus czeka. – uśmiechnięta pani wskazuje mi drzwi prowadzące na taflę lotniska.

Czyli zdążyłem? Zmienili gate’a, ale zdążyłem! Uffff…

Spokojnie już wchodzę do lotniskowego autobusu i ruszamy w stronę samolotu.

Siadam na schodkach i wyciągam książkę, by się uspokoić jakoś.

Siku!

Nagle siedząca obok mnie pani po angielsku pyta skąd jestem.

– I’m from Poland.
–  Holland?

(standard)

– Poland – powtarzam.
– Aaaa… Lewandowski.

Tu się dziwię , bo dotychczas był Wałęsa, albo papież. No, ale papież jakby nie żyje, a Lewy tak, więc się uśmiecham.

– Zna pani Lewandowskiego? – pytam.
– Tak. I Milika. I Kubę. Śmieszna historia z tym jego imieniem, ojciec był na wyspie Cuba przez „c”, a nazwał tak syna, tylko przez K.

Nie chce mi się wchodzić w detale, że to przecież Jakub, ale niech jej będzie. I tak zna polskich piłkarzy, szacun.

Siku!!!!!!!! Zaraz mi ciśnienie moczu wywali gałki oczne na wierzch!

Z dalszej części rozmowy dowiedziałem się, że ma męża Szwajcara, mieszka w Afryce, a co dwa miesiące odwiedza rodziców w Salvadorze, ale teraz musi zostać dłużej, bo ma operację na oczy, trochę się boi, ale nie ma wyjścia, jeśli chce widzieć, a sama sytuacja polityczna w Afryce wcale nie jest taka ciekawa, to znaczy ciekawa może jest, ale nie jest dobra, dlatego też ona co jakiś czas tutaj przylatuje, ale tak naprawdę to woli żyć w Europie, bo w porównaniu do życia w Afryce to właściwie nie ma porównania, bo tam naprawdę jest ciężko.

Kurwa, a co mnie to obchodzi???? Zleję się tu obok niej, przysięgam!

A wszystkiego tego dowiedziałem się w drodze z terminala do samolotu.
Boże, żeby tylko obok mnie nie siedziała, bo będzie tak nadawać cały lot!

Wysiedliśmy z autobusu i wchodzimy na pokład. Przede mną na schodkach widzę całkiem niezłą dupę w obcisłych dżinsach, długie blond włosy, zgrabna figurka, jednak wylała na siebie jakieś 200ml perfum. Idzie przede mną i w samolocie schyla się po bagaż, by wsadzić do półki nad siedzeniami. Pozwalam jej się schylać, po czym jednak przypomina mi się, że można byłoby jej pomóc.

– Do you need a hand? – pytam grzecznie.

I teraz się dziewoja obraca, a to kurwa jakiś transol! Ryj cholernie męski, ale zrobione silikonowa usta, dodatkowo oczojebnym różem pociągnięte, co kontrastuje z ciemną skórą – i grubym męskim głosem odpowiada:

– No, thank you.

To nawet ucieszyłem się.

Yak!

Czy to oznacza, że jestem nietolerancyjny?

Spotkałem wtedy taką piękną kobietę. Dobrze całowała, ale miała taaaakie jabłko Adama.
Joey „Friends”

Siedzę.

Samolot lepiej wyposażony na trasie Sao PauloSalvador, niż ten interkontynentalny. Tu już dostaliśmy słuchawki, są ekraniki, jakiś taki inny komfort.
Byle tylko wystartować i do sikalni!

Podchodzi do mnie pani z busa lotniskowego, ta od słownego rozwolnienia, i mówi, że jak będę miał czas to mam popłynąć na wyspę. Pytam o nazwę, więc zapisuje mi z tyłu notesu: ILHA ITAPARICA MAR GRANDE. Całkiem miłe z jej strony.

Ruszamy.

Zaraz ulżę pęcherzowi memu.

Oto filmik z trasy (słyszycie brazylijskiego Mateuszka w tle?):

Wysiadłem na lotnisku w Salvadorze, odebrałem bagaż, mijając transola z czterema walizkami (co on tam ma w środku? Ona. Ono. On- ten transwestyta. Jak się mówi do transwestyty: w rodzaju męskim czy żeńskim? Jak ja nic nie wiem…), wyszedłem na zewnątrz, patrzę: bus stop. Jest autobus.
33 reala.
Co? Zapomnieli o przecinku? Czytałem, że za bilet płaci się 3,5 reala.
Idę i pytam. To jakiś super-duper pierwsza klasa, ale bilet muszę kupić na terenie lotniska. No trudno. Wracam na terminal, ale po odnalezieniu stoiska tej firmy okazało się, że nikogo nie ma. Poza tym nie mam tyle pieniędzy, więc idę do bankomatu. Naliczają mi prowizję 27r.
Zdzierstwo lotniskowe!

Rzucam więc rozpasłą pogardę w stronę bankomatu i wyciągam notatki, szukając informacji o dojeździe. Tak, bus z lotniska kosztuje 3,5 reala, a nie 33r. Wracam i czekam. Pewnie przyjedzie inny bus.

Upał. W końcu to zima w Ameryce Południowej. Co trochę jeździ pełno mini busów, ale wszystkie prywatne.

Mija pół godziny, a ja siedzę jak ta dupa z uszami i czekam.
Z lotniska wychodzi jakaś parka, wyglądają na Europejczyków. Podchodzę i zagaduję. Też szukają busa. Więc mówię, że czekam już pół godziny i nie ma. Okazuje się, że Wip pracuje w Rio de Janeiro i razem ze swoją żoną tam mieszkają, więc zna portugalski. Pyta więc kogoś, a ten wskazuje nam, że na przystanek autobusowy trzeba iść z drugiej strony wielkiego wielopoziomowego parkingu. No tak, zmylił mnie znak BUS STOP, że myślałem, iż to tutaj.

Okazało się, że 5 min dalej jest duży przystanek autobusowy z kilkoma autobusami. Bierzemy ten na Praca da Se, gdyż ja tam wysiadam, a parka z Belgii po drodze, na Brerze.

Autobus rusza.

W środku faktycznie siedzi pan, który pobiera pieniądze za wejście. Biletów się nie otrzymuje. Wsiada się tylnymi drzwiami i przechodzi przez bramkę-kołowrotek. Podczas tych 90 min. jazdy przez Salvador (tak, przez samo miasto jedzie się 1,5h) poznaliśmy się bliżej z Wip i Stefanią. Wymieniliśmy się też numerami, aby umówić się na piwo w czwartek. Tylko, że… ja nie wiem jaki dziś jest dzień tygodnia, więc będę musiał tego pilnować.

Parka wysiadła w dzielnicy Barra, a ja dojechałem do Praca da Se. W znalezieniu hosteu pomógł mi GPS, ale po drodze zaczęło lać. Taka mocna kilkuminutowa quasi-tropikalna ulewa.

Co było dalej w hostelu?
To już historia na inny wpis, który jest tutaj:

Salvdor – a miałem odpocząć po tych kilku dniach w podróży


One Comment to Autologia niecenzuralna, czyli nerwy na pierwszym miejscu w podróży Sao Paulo – Salvador

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress