Barcelona u stóp i nowe znajomości

Tibidabo i Sagrada Familia – oto, co przede mną.
I oczywiście cała Barcelona u stóp.

Siedzę na zboczu Montjuic.
Nie planowałem dziś tego, ale jakoś tak wyszło, że rano w Gironie uwinąłem się dosyć szybko i już przed 14:00 byłem w Barcelonie.

Droga w pociągu była całkiem przyjemna i znaczną część trasy jechałem wzdłuż wybrzeża. Bez problemu znalazłem hostel i jak się oporządziłem to była 15:oo. Miałem iść na Camp Nou, ale przecież tyle dnia przede mną – więc ruszyłem w drugą stronę.
Na piechotę.
Wtedy więcej miasta się zobaczy.

Trochę dziś przeszedłem po tej Barcy.
Mijając Placa D’Espanya doszedłem na Wzgórze Żydowskie (Montjuic). Robi wrażenie. U szczytu znajduje się zamek Castell de Montjuïca z góry jest naprawdę piękny widok na Barcelonę.

W dalszej części wzgóza znajduje się Stadion Olimpijski z olimpiady w 1992 r. Miałem wtedy 10 lat, więc nie pamiętam tego wydarzenia sportowego. Ale stadion piłkarski robi wrażenie, posiada 65 000 miejsc, a niedaleko niego znajduje się specyficzna wieża telekomunikacyjna i coś na kształt znicza olimpijskiego. Miało być Camp Nou, ale jest inny stadion. Najwyżej potem tam skoczę.

Więcej info i zdjęć ze stadionu tutaj:

Estadi Olímpic, Barcelona, Hiszpania

Jutro centrum, Sagrada, może park Guell, La Rambla i zdecydowanie plaża. Pojutrze może Tibidabo, choć fajnie byłoby nocą zobaczyć Barcę z góry. Łażąc dziś tu i tam odkryłem genialne miejsce na takie nocne obserwacje miasta z góry. Choć i tak w głowie wciąż widziany z góry Wiedeń.
Kiedyś wrócę na tamtą górę.
Na pewno.

Póki co chłonę Barcę.

Wieczór.

Siedzę na patio [patio?] w hotelu. Kolacja w brzuszku, otwarte piwo, Michael London i oliwki obok.
Cruzcampo. Piwo moje i Szyma. Z ówczesnej objazdówki po południowej Hiszpie.

Miał być lajtowy dzień, a zszedłem już 1/3 tego, co chciałem zobaczyć.
A może więcej?
Miast wrócić na Camp Nou, mocniejsze okazało się wołanie morza. Czasem odzywa się we mnie taki morski wilk. Teraz niedawno przeszedł mi koło nosa rejs po Mazurach, więc uderzyłem w stronę Śródziemnego. Połaziłem po tych wzniesieniach aż dotarłem do portu, nad którym wisi kolejka gondolowa.

Trochę poleżałem z nogami spuszczonymi z redy i ruszyłem w stronę La Rambla, głównego deptaku miasta. Przy okazji zahaczyłem też o katedrę.

Szerzej piszę o Montuic, stadionie, porcie i katedrze tutaj:

Barcelona – 10 najlepszych miejsc

Ale trochę przeliczyłem się z wracaniem z portu do hotelu na nogach. Nie wiem jak długo szedłem przez miasto [dwie godziny?], ale odczułem w nogach.

Kiedy wróciłem do hostelu zrobiłem sobie kolację: spaghetti [tak, w Hiszpanii], sos sycylijski, tabasco, oliwki, tuńczyk i ser. Dokładnie tak, jak jedliśmy w Himalajach. Tylko zdecydowanie w łatwiejszych warunkach przyrządzone.  I co? Nie wiem dlaczego, ale to w Himach lepiej mi smakowało, choć wszystko, co wrzucaliśmy do potera było zamrożone. I robiło się prawie godzinę. A może to dlatego, że w Himach taki posiłek był rarytasem? A może to, że czekało się tak długo na niego? Ach, niech nie zazna orgazmu przez rok ten, kto nam ukradł z depo puszki z tuńczykami! A my trzy dni szliśmy w śniegu i lodzie z myślą, że w końcu zjemy pyszne jedzonko po takim czasie jedzenia mąki z wodą ze śniegu. A tu dupa. Jakiś miał odwagę. Pewnie któryś z Szerpów.

Pisałem o tym tutaj (kliknij w obrazek pod spodem):

Ale ja mam teraz pełny brzuszek. Nie buntuje się. To dobrze.

Jest tu wycieczka dzieciaków, może gimbaza. I czterech opiekunów. Jeden z nich wygląda jak gej – ubrany w obcisłą kwietną koszulkę, mówi w „ten” charakterystyczny sposób zmanierowany, ma bardzo zniewieściałe ruchy z tych, co to wkurzają niektórych na odległość i… nikt się nie śmieje, nie pluje, wszyscy go słuchają. Chyba jest szefem grupy.

Dziwnie to wygląda.

A myślałem, że takie rzeczy już mnie nie ruszają.

Poznałem dwie Norweżki. Jedna typowa: duża blond Ingrid. Druga wygląda bardziej na Polkę, bardzo ładna.

Jak się tak rozejrzeć to ładne ciała tu są wokół…

Ile to ja dziś przeszedłem? Nawet nie wiem. Z mojego hostelu na szczyt Montjuic jest jakieś 7 km, plus zejście do portu i potem powrót. Więc wychodzi ok. 20 km. Tak, odpoczynek mi się należy.

Po kolacji wróciłem do pokoju z myślą o prysznicu i śnie, bo trochę zmęczyłem się tym łażeniem po Barcy. Było po 22:oo.

Po prysznicu ulokowałem się w łóżku, chwilę pogadałem z kolesiem po angielsku. Takie tam zwykłe pierdoły o tym, co warto zobaczyć w Barcelonie itp. Ale przyszła jego dziewczyna i zaczęli rozmawiać ze sobą… po polsku.
– No to spoko, dogadaliśmy się. – powiedziałem do niego w naszym narodowym języku.
– Kurwa, nie mogłeś powiedzieć skąd jesteś? – zapytał.
– No ty też nie mówiłeś.

Skoro przypadkiem spotkało się troje Polaków to wiadomo – poszliśmy kupić wino, by wypić gdzieś w terenie. Po drodze spotkaliśmy inną parkę z naszego pokoju, którzy dołączyli do nas. Austriacy: Verena [ona] i Arjuna [on].
Ależ cudowni ludzie!
To niesamowite jak przypadek w hostelowym molochu lokuje ludzi w jednym pokoju – i nagle okazuje się, że znajomość zaskakuje, sprawdza się i jest właśnie TYM, po co się podróżuje.

Potem okazało się, że Verena zgubiła gdzieś telefon. Arjuna zadzwonił na jej numer, ktoś odebrał i okazało się, że aparat znajduje się w całkiem innej części Barcelony. Więc wyruszyliśmy na drugi koniec miasta po odbiór (czyli znów jakieś 7 km w jedną stronę). Wina w ręku, śmiech na ustach (nawet bawił ich dowcip o wielbłądzie, który mówi po niemiecku!!!). Telefon odebraliśmy – misja zakończona.

Ale jeszcze trzeba wrócić do hostelu, poszliśmy więc po kolejne wina. Polacy poszli już spać, bo rano stopem wracali do Polszy i chcieli się wyspać. A my jeszcze do parku zapalić. Kyrieeleison! Ale było świetnie! A potem, gdy wróciliśmy… normalnie nie ma nic śmieszniejszego i głośniejszego, niż ludzie po winach, którzy próbują zachowywać się cicho. Obiektem zainteresowań stała się Chinka Xiang Ziang, która wszystko wiedziała o klimatyzacji. Wszystko. I potrafiła ją naprawić. Rano zniknęła w tajemniczych okolicznościach. Stwierdziliśmy zgodnie, że jest zatem chińską superbohaterką, która pojawia się niespodziewanie wszędzie tam, gdzie psuje się klimatyzacja. I ma duże X na piersiach. I wzywana jest dużym X-em na niebie.

Cóż, może zniknęła i później, a nie rano, ale obudziłem się po 13:oo.  Nie wiem. Wiem, że wciąż czuję głowę.

Zrobiłem ok. 40 km piechotką. A miałem odpoczywać…?!

 

INFO PRAKTYCZNE

przejazd pociągiem z Girony do Barcelony – 8e

hostel – 13 e (taniej, niż w Gironie)

bilet na metro pojedynczy – 2,15e (dane ze stycznia 2016)

Zdecydowanie bardziej opłaca się kupić od razu pakiet 10 biletów na przejazd-9,95 e. A jeszcze lepiej połączyć to z rozplanowaną trasą zwiedzania na nogach  i tylko wracać z najdalej położonych punktów do miejsca noclegu.

Do zobaczenia za darmo:

la Rambla, katedra w centrum, port, Montjuic, wioska olimpijska.

 

Barcelona – cz. 2:

Od Guella przez Sagradę w stronę morza


Comments are Closed

© 2018: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress