Christo Redentor, czyli jak nie wchodzić największą atrakcję Rio de Janeiro

Wcześniejszy dzień opisałem tutaj:

Z Salvadoru do Rio

Przygotowuję właśnie żarełko w hostelowej kuchni, która znajduje się na tarasie. Cały dzień nic nie jadłem, więc najpierw to. Mięso. Dużo mięsa. Jest tu tańsze, niż chleb: dwa kawałki wołowiny to koszt 8-10 reali, ser żółty 40 reali za kostkę, a bochenek chleba to… 44 reale. [sic!]
Serio.
Skąd oni te ceny biorą?
Okazuje się, że przed olimpiadą ceny poszły nawet 300% w górę. To nic, że chcieli załatać dziurę budżetową turystami, skoro mieszkańcy i tak nadal nie mają za co robić zakupów.

Więc gotuję mięso do zupy cebulowej.

Dziś znów obudziłem się po 4 w nocy. Czy mówiłem już, że nie znoszę komarów?

Wieczorem poznałem trzy Czeszki. Jedna z nich, bardzo sympatyczna, była przeogromna i ważyła chyba ze 150 kg. Nie mam nic do grubszych  ludzi, jednak dostałem łóżko… pod nią. Od razu miałem wizję jak łóżko się zarywa i mnie zgniata, jak książka moskita. Przepraszam, ale nic na to nie poradzę, że czułem się niekomfortowo śpiąc pod nią.

A wczoraj obejrzeliśmy finał Euro 2016. Zmęczenie brało górę, więc postanowiłem sobie zrobić dzień restu. I zawsze przy takich postanowieniach dzieje się na odwrót – ekipa postanowiła pójść na imprezę do baru na Copacabanie. Ale tym razem stanąłem na wysokości zadania i odmówiłem, zostałem w hostelu. Dzięki temu spałem już po 22:00. I dzięki temu zobaczyłem… najpiękniejszą istotę na tym wyjeździe! Niby zwykła, a piękna! Ma w sobie coś, co przyciąga, pociąga, fascynuje. A w dodatku zachowuje się jakby była znudzona, ale jednocześnie w zupełności świadoma tego jak jest piękna! Mój wzrok za nią wodził i ciągle muskałem ją oczyma.
Ech…

Dziś rano też ją widziałem w łazience [dzięki za koedukacyjne łazienki w hostelach!]. [choć to trochę dziwne, bo nie dość, że dziewczyny słyszą jak robisz dwójeczkę to jeszcze… ty słyszysz jak  one robią! Kyrie! A zawsze myślałem, że dziewczyny…? …dwójkę? … NIGDY! A jednak! Mój świat legł w gruzach… 🙁 ]

Po śniadaniu spakowałem się, wziąłem na wszelki wypadek bluzę z długim rękawem, adidasy do plecaka i 20 reali. Do tego woda, snickers i banan. Tak oto przygotowałem się na hiking.

I ruszyłem.

Cel – Cristo Redentor. Z buta. Do pokonania 710 m.n.p.m. przewyższenia, które robi się przecież z poziomu Oceanu Atlantyckiego.

Na najsłynniejszy szczyt w Rio można dostać się na trzy sposoby: najbardziej popularny jest tramwaj, który wwozi turystów aż na samą górę, opcja druga – busy i najrzadziej wybierana – trekking. Przewaga tego ostatniego w moim przypadku jest jakby miażdżąca.
I darmowa.

Najpierw trzeba było przejść przez pół Rio do Parque Lage. Zajęło mi to mniej więcej godzinę. Spacer przez miasto też należy do intresujących: gwar, niesamowity ruch uliczny, a przejście przez 6-cio pasmówkę zajęło mi 10 minut. To wcale nie jest takie łatwe, pomimo świateł, które i tak większość przechodniów i czasami kierowców też, ma gdzieś. Czasami powstaje swoisty układ wzrokowy ludzi stojących po obu stronach przejścia, aby w tym samym momencie wcisnąć przycisk.

Doszedłem do parku.

O samym parku więcej piszę tutaj:

Parque Lage, Rio de Janeiro, Brazylia

Nigdy nie przepadłem za takimi miejscami, w których można oglądać roślinki. Arboretum jakoś mnie nie kręci od czasu podwrocławskiego. Ale ten park jest naprawdę niesamowity, zrobiony na kształt dżungli jakiejś, tudzież tropikalnych lasów. Te drzewa przeogromne z powywijanymi korzeniami, po których skaczą dziko żyjące małpy, jest jaskinia [co prawda sztucznie zrobiona, ale jednak] ze stalaktytami, stalagmitami, a nawet stalagnatami, do tego mały podziemny labirynt. Jest także stara wieża z mostkiem, które są porośnięte gęstymi roślinami. Wszystko to wygląda jak stare opuszczone ruiny jakiejś dawnej cywilizacji głęboko w dżungli.

A po środku stoi – niby ukryty w dziczy – pałac właściciela tego parku z XVIIw.- Enrique Lage, od którego wzięła się nazwa parku. To stojąca na wzniesieniu budowla, do której prowadzą wysokie schody. W jej wnętrzu, na środku placu, jest niewielki basen, a całość przypomina raczej arabskie budowle. Dziś mieści się tam kawiarnia, ale wrażenie robi niesamowite. Z tego placyku widać górującego Chrystusa i… skałę, którą muszę zdobyć.

Na końcu ogrodów w północno-wschodniej części parku zaczyna się szlak prowadzący do Cristo Redentora. Tablica na jego początku, tuż przy chatce, głosi, że przejście szlaku zajmuje 2,5h. Jestem przygotowany na cały dzień, więc ruszam.
Póki co – w klapkach.
Od tej pory towarzyszyć mi będą żółte znaki ze śladem buta, wyznaczające szlak.

Szlak idzie cały czas przez gęste drzewa i powoli zaczyna piąć się w górę. Wiem, że będzie ostrzej, widziałem przecież tę skałę, na którą mam się wspiąć.
Trawersuję powoli zbocze.
Ciągle towarzyszą mi dziwne odgłosy zwierząt mieszkających w tych lasach, łamane gałęzie, dziwne śpiewy i skrzeczenia ptaków oraz odgłosy, jakby ktoś szedł za mną, obok mnie i przede mną. Nic dziwnego, że w prawdziwej dżungli ludzie dostają do głowy!

Mijam pierwszy wodospad na swojej drodze, a właściwie to drobny strumień wodny, który leniwie spływa po skale. Szlak pnie się wyżej i zaczyna pojawiać się coraz więcej skał. Ścieżka trawersuje zbocze prowadząc  raz w lewo, raz w prawo. Kolejny wodospad, obok którego pojawia się pierwsza potrzeba użycia rąk, by wspiąć się po skałach. I trzeci, dosyć znaczący, gdyż za nim właśnie szlak staje się bardziej stromy. Przypomina mi to nieco podejście na Gubałówkę wzdłuż torów kolejki, tylko wrzucone w dżunglę. Po kilku minutach teren jednak staje się… płaski. Idę chwilę zdezorientowany, bo myślałem, że będzie cały czas w górę.

– Teraz dopiero się zacznie! – uprzedza mnie schodzący z góry chłopak.

I faktycznie. Kolejny etap podejścia zaczyna się od litej skały ubezpieczonej łańcuchami i drabinkami.

Taki skrawek Orlej Perci w sercu Rio de Janeiro. To lubię! Na zmianę więc jest skała, na której potrzebne jest używanie wszystkich kończyn oraz strome piaszczyste podłoże, które wcale nie ułatwia podejścia.

Może ubiorę buty? pytam sam siebie i jakby nagle wpada do mojej głowy idiotyczny pomysł, by zdobyć ten szczyt… w klapkach. – Masakra, a w Tatrach rzucasz pogardę w stronę takich turystów. – myślę. – Owszem, rzucam. No, ale to nie Tatry.

Spotykam dwie dziewczyny, które – jak się okazuje po krótkiej rozmowie – przyleciały tutaj z Anglii. Widać Chrystusa z dupy strony [dosłownie!], cel naszej wędrówki. One postanawiają jeszcze odpoczywać, ja idę dalej.

Szlak w pewnej chwili ostro zakręca doprowadzając mnie do torów kolejki wwożącej turystów na górę. To dobre miejsce, by zjeść banana i napić się wody. Siadam więc na kamieniu, niedaleko drewnianej rzeźby św. Sebastiana, by się posilić i oto po chwili mija mnie czerwony tramwaj wypełniony ludźmi.

Przechodzę przez tory.

Ostatni etap podejścia to spacer asfaltem, tym samym, którym turystów wwożą busy. Stąd już 10 minut do Corcovado.

Całe podejście z przerwą na batonika zajęło mi 1,5h, zatem godzinę krócej, niż głosiła tablica. W klapcioszkach. Nieźle.

A więc to On! Jest!
Choć stoi odwrócony do mnie plecami, jakby miał focha.

Wysokimi schodami szczęśliwy pnę się do góry. Z lewej strony nieśmiało wyłania się Maracańa, gdzie oczywiście też zamierzam pójść.

Dochodzę do szczytu schodów i staję przed… kasą. No tak, nie pomyślałem o tym, by sprawdzić ile kosztuje bilet. Pytam więc pani.

– 24 reale. – odpowiada krótko.

No nie wierzę! A ja mam w kieszeni tylko 20 reali! Więcej nie brałem, bo i po co, chcąc jak najszybciej wspiąć się na skałę.
I co teraz?
Podchodzę do pani raz jeszcze i pytam o cenę biletu po sezonie. Wszak tutaj zima.

– U nas zawsze jest sezon. – mówi tonem „spierdalajpanstąd”.

Siadam na murku niedaleko schodów  i nie wiem co robić. To niemożliwe, żebym teraz miał schodzić po kasę i wracać tu raz jeszcze. Wyciągam wodę i biorę łyka. Rozglądam się bezradnie jak ta dupa z uszami. Nagle dostrzegam mijane na szlaku dziewczyny. A co mi tam – i tak mnie nie znają. Ja pomógłbym w takiej potrzebie. Zagaduję więc do nich, mówię jaka jest sytuacja i czy poratują. Nie było najmniejszego problemu, ofiarowały mi najcenniejsze tego dnia 4 reale, dzięki czemu mogłem wejść na teren podchrystusowy. Dobroć ludzi na wyjazdach jest jednak niesamowita.

A widok? Widok roztaczający się spod stóp Chrystusa jest przepiękny.

Nawet nie przeszkadza mi  tłum ludzi, przez których przeciskam się do końca, by zobaczyć co jest w dole. A tam Sugar Loaf, Botafogo, a z prawej Ipanema Beach i jeszcze dalej favele, o których też dużo czytałem. Zadziwiające, że favele są położone na uboczu miasta, niejako na wzniesieniu i wydaje mi się, że widok stamtąd musi być przepiękny. Ja też nie narzekam na to, co przede mną. Pode mną.

Na Corcovado spędzam godzinkę, obserwując nie tylko to, co w dole, ale także to, co obok mnie. Ludzie jednak zachowują się dziwnie, większość robi sobie fotki z rozłożonymi rękami, jakby chcieli przedrzeźnić Redemptora.

W końcu postanawiam zejść. Opcja jest jedna: wracam tym samym szlakiem. I o ile podejście było faktycznie męczące, o tyle teraz nastawiam się na mniejsze zmęczenie, ale większe skupienie, gdyż na tych  stromiznach można łatwo zjechać (o czym zresztą przekonałem się dwa razy).

Przy torach ubrałem już buty, bo to nie ma  żartów, ale i to nie uchroniło mnie przed spotkaniem z glebą: raz upadłem tak, że poharatałem sobie rękę, drugi raz chciałem się podeprzeć i jakoś nienaturalnie wygiąłem lewą dłoń, że spuchła i boli cały czas. Czyżby szpital? Nie, dam radę.

Gdy schodziłem dżungla znów ożyła: znów te odgłosy, ptaki drą dzioby, ponownie trzaskanie gałęzi i dziwne dźwięki wydawane przez dziwne zwierzęta.

Do hostelu wróciłem z nadzieją, że odpocznę. Odczułem wszak to podejście i całą tę trasę.

Ale z tym odpoczynkiem to było, jak zawsze, o czym więcej piszę tutaj:

Zobacz wpis


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2019: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress