Doki w (boskim) Buenos

Po obiadku.
[…]

Strasznie beznadziejny jest ten net, pracować się nie da. Ładuję kompa, by iść popracować gdzieś, gdzie jest dobre wi fi.
Masakra.

Słońce powoli zmierza ku zachodowi.
Siedzę w dokach Buenos.
Ostatnie promienie skaczą mi po twarzy. Na dłoniach rękawiczki.
Trochę rozmyślam o Gombrowiczu, o jego sytuacji, wątpliwościach. I jakoś odnajduję pokrewieństwo doznań, choć sytuacja przecież inna. I znów się robię monotematyczny, choć wcale tego nie chcę.
Jednak panowanie nad swoimi myślami – oto najwyższa wolność!

1-buenos-aires-52

Piękne są te doki.
Choć podobno niebezpiecznie tu. Być może w nocy, teraz nic tego nie zapowiada: kawiarnie pełne ludzi, choć chłodne powietrze od wody przeszywa wiatrem aż do skóry.
Przy brzegu cumują żaglowce, a obok małe jachty. Taki jacht to też fajna sprawa.
I ludzie chodzą z lewej do prawej.
A ja siedzę.
Trwam.
Nie jak telewizja.

1-buenos-aires-56

Byliśmy dziś w takiej księgarni utworzonej w wielkim teatrze.
Potem cmentarz La Recoleta, na którym jest grób Evity Peron. Właściwie grobowiec. Nie robi dużego wrażenia, ale w sumie czego się spodziewać po grobowcu?
Poza tym dużo Polaków leży na tym cmentarzu.

1-buenos-aires-15

Potem skoczyliśmy do muzeum, tego obok dużego metalowego kwiatu. Atrakcja, tak. Yhym.

No a wieczór…?
Wracając z doków wszedłem do mojej knajpy.
Zamówiłem piwo i wziąłem się do roboty. Miałem trochę zaległości, ale udało się je nadrobić.
Ale mimo wszystko były kłopoty ze skupieniem się. Ależ Ona jest piękna! Trochę porozmawialiśmy, a raczej próbowaliśmy, bo ona ni w ząb nie zna angielskiego, a mój hiszpański jest mniej niż podstawowy. Ale co to dla nas? […]
Potem doszła Cassi i Alexandro. Poszło kolejne piwo. Potem kolacja w hostelu z restauracji, gdzie kupuje się żarcie na wagę: ziemniaki, ryż, udko z kury, kawał mięcha wieprzowego i surówki (czyli w praktyce dwa lunche) kosztowały mnie 41 pesos. Plus do tego winko argentyńskie.
Zaczęliśmy szukać knajpy do tańczenia. Cassi ubrała kozaki za kolana na wysokim obcasie i chodząc po Buenos narzekała, że ją nogi bolą.
– To jak chcesz tańczyć całą noc w tych butach, skoro chodzić nie możesz? – zdziwiłem się.
– Jak ty nic nie wiesz. Przecież to są buty do tańczenia, a nie do chodzenia. – odpowiedziała.
Jak ja nic nie wiem.

Weszliśmy do jednej dyskoteki, w której – jak się okazało – swój recital miał jakiś 60-letni jegomość, wokół którego tańczyły młode dziewuchy. Argentyńskie disco. Disco argentino. Poszliśmy precz stamtąd.
Nie znaleźliśmy miejsca do tańczenia, ale znaleźliśmy miejsce do picia. Takich w San Telmo jest dużo.
I to naprawdę bardzo klimatycznych.
Por la amistad!

Do La Poesia jeszcze nie dotarłem…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2019: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress