Dolina Zanskaru i droga do wioski Pidmo

Potwierdziło się. Noc była jeszcze zimniejsza niż w Neraku. Szybko spakowaliśmy z Agną namiot i ruszyliśmy dalej, bo bez ruchu najzwyczajniej w świecie odmrozilibyśmy sobie palce.

– Ale byłby wstyd, gdybym przeżywszy Dhaulagiri i Gashebruma odmroziła sobie palce tutaj. – stwierdziła Agna.

Dlatego też ruszyliśmy jak najszybciej. Kiedy się idzie jakoś jest cieplej. Franz szedł zaraz za nami. Wszak zgubić się nie da – szlak wytycza koryto zamarzniętej rzeki.

Po drodze były miejsca wodne, w których trzeba było ją przekraczać w poprzek, dlatego ubrałem gumowce. Szło się całkiem wygodnie, jak na spacer w gumowcach zimą w Himalajach. Aż do momentu, kiedy zaczęły się problemy.

Przed nami szła inna wyprawa. Lód był tak kruchy, że z każdym krokiem ich Szerpowie wpadali do wody.

Trzeba było znaleźć obejście. I owszem, droga wiodła lewym trawersem stromo opadającym do rzeki, a dodatkowo pokrytym śniegiem.

– Ja się nigdy nie wspinałem. – powiedział Franz.

– Spokojnie, uważnie stawiaj stopy i trzymaj się skał. Zasada trzech punktów podparcia. Uwaga i skupienie. Najważniejsze to nie spierdolić się do rzeki pod lód. – przestrzegłem go, choć sam czułem bicie serca widząc nachylenie zbocza, opadające prosto do rzeki.

– Pamiętaj o zasadzie trzech punktów podparcia. – powtórzyła Agna i wyjaśniła o co chodzi.

Ruszyliśmy.

Przed nami kolejka Szerpów obciążonych bardziej niż my. Pod stopami śnieg na skałach, który miesza się z rumorem skalnym i piachem.

Ślisko.
Plecak coraz cięższy.
Kątem oka [bo mam kąt oka] widzę z góry taflę rzeki. Niby niezbyt wysoko, jakieś 20 m, ale wizja spieprzenia się do rzeki jakaś niewesoła. Zwłaszcza pod lód.
Staram się jednak nie rozglądać na boki, tylko skupić na trawersie.

Idę.
Czuję serce w sobie.
Nagle dochodzi do mnie, że na nogach mam gumowce!
Kyrieeleison i wszyscy święci bardziej lub mniej! Nie ma możliwości innego ruchu, niż na wąskiej 15-20 cm przestrzeni skalnej.
Przystanąłem.
Chwila skupienia.
Daj spokój, chłopie – mówię do siebie – wspinałeś się w Afryce, zrobiłeś V+ w warunkach iście niesprzyjających, pamiętasz?
Pamiętam – odpowiadam sobie i śmieję się do siebie na wspomnienie tej głupoty naszej. – Ale tam miałem buty wspinaczkowe, uprząż i liny. I Tomka, który mnie asekurował. Tu jeden ruch i wpadam pod lód do rwącej rzeki.

– Zamknij się i idź! – karcę siebie, bo ta autologia do niczego nie prowadzi.

Kolejny ruch.
Serce się uspokaja, ustępując miejsca skupieniu.
Agna już zeszła, Franza nie widzę.
Idę.
Spod nóg obsypują się kawałki skały. Widzę jak spadają na lód, ale go nie łamią. Są zbyt drobne. Ale moje spadające ciało z pewnością rozwaliłoby tę kruchą taflę.

Idź, kurwa!

Idę.

Powoli i w skupieniu. Nachylam się i przybliżam do skały, by plecak nie odciążał mnie w stronę rzeki. Spokój, skupienie i precyzja – to jest to.

I co?

I spokojnie przeszedłem najtrudniejszy odcinek, ale nagle… stanąłem na krawędzi skały. Teraz pionowe zejście po skale. Na oko 6m. Dam radę. Ściągnąłem plecak i podałem Tundupowi, a w zasadzie zrzuciłem. Ten go złapał i odstawił na bok. Tak łatwiej przykleić się do skały, gdy tyle kilogramów nie odciąga od niej w dół.

Już jestem znów na ziemi. Poziomej ziemi. Gumowce nie zawiodły.

Po raz pierwszy na tej wyprawie się bałem. Nie analizuję tego. Jeszcze nie teraz.

Gdy zszedłem ze skały ponownie na lód Agna spokojnie siedziała i paliła papierosa.

Zrobiłem tę trasę w gumowcach, no nieźle. – pomyślałem.

Po chwili doszedł Franz. Usiedliśmy obok grupy Szerpów z tamtej wyprawy. Gwar jakby jeden chciał przekrzyczeć drugiego. I nagle – KRACH!
Zrobiło się cicho. Nikt nie odezwał się ani słowem, każdy nasłuchiwał czy to aby nie jest TO tąpnięcie, którego lepiej nie słyszeć.
Dźwięk się powtórzył.
– Spierdalajmy stąd, bo lód pęka! – ktoś rzucił, ale nikt nie wpadł w panikę, powoli zabraliśmy rzeczy i delikatnie stąpając rozpierzchliśmy się w różne części rzecznego lodu, aby nie kumulować ciężaru. Paniczna ucieczka sprawiłaby, że lód zapewne załamałby się od razu.

Chwila na oddech i ruszyliśmy dalej.

Szliśmy przed siebie każdy swoim tempem. Wyprawę, która była przed nami minęliśmy przy zakręcie rzeki. Nasi Szerpowie mówili, by z nimi zostać, ale poszliśmy dalej.

Od tego momentu jeszcze jakieś 3-4 h marszu, aż zeszliśmy całkiem z rzeki. To tu właśnie zaczynało się podejście do wioski Pidmo – naszego celu na dzisiaj. Świadczyły o tym dwie stupy, które były niejako bramą wejściową do wioski.

Kiedy ścieżka leniwie zakręciła zza skały wyłoniła się przed nami dolina Zanskaru. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że przejście całej doliny do Padam zajmie nam 4 dni. Choć przedsmak tego miałem idąc dwie godziny do wioski, którą przecież cały czas miałem przed oczami. To niesamowite jak w tych górach zmieniają się odległości – widziałem wioskę cały czas przed sobą, szedłem miarowo, a ona w ogóle nie przybliżała się.

Moi zostali daleko w tyle, do wioski doszedłem sam. Przywitała mnie gromadka dzieci, których pozdrowiłem radosnym „Juley!”. Dzieci były jednocześnie radosne, ale również nieufne i obserwujące.

Przypomniały mi się nauki Agny, która przestrzegła mnie, że nie wolno dotykać głów dzieci i nie wolno pokazywać spodu stóp, jako że są one nieczyste [dlatego właśnie w geście pełnej akceptacji i szacunku schyla się, by dotknąć czyichś stóp, a potem dotyka się swojej głowy]. Dzieciaki były żywo zainteresowane moją osobą, ale po chwili powróciły do zjeżdżania z górki na sankach.

Zrzuciłem z pleców ciężar i usiadłem na plecak, wyciągając termos. Prawie pół godziny czekałem aż moi dojdą do mnie obserwując dzieciaki i okolicę. Niebo powoli zakrywane było chmurami śniegowymi. To oznaczać mogło tylko jedno: rano będziemy szli w nieprzetartym śniegu.

Sama wioska sprawiała wrażenie wymarłej, opustoszałej. Kiedy tak po niej chodziliśmy z jednego z domów wyszło dwóch mężczyzn. Franz zapytał czy nie wiedzą gdzie możemy się przespać. I jak to zwykle bywa w cudownościach nieplanowanych wszechświata – jeden z nich okazał się przewodnikiem i zaprosił nas do siebie do domu.

Plecaki zostawiliśmy w jednym z pomieszczeń i usiedliśmy w jedynym pokoju z piecykiem, usytuowanym na środku pomieszczenia. Te ichniejsze domy to raczej same ściany są, bardzo niewiele mebli w środku, dużo kurzu. Z kolei na środku samego budynku w dachu jest dziura, nie taka, która zrobiła się ze starości, ale zaplanowana najwyraźniej podczas budowy. Dlatego w tym miejscu często na podłodze domu zalega śnieg.

Ale w tym jednym pokoiku z piecem jest ciepło, przytulnie, miło. Bo w pozostałych temperatura poniżej zera.

Przy piecu wysuszyliśmy buty i skarpety, podano nam salt tea [czarna herbata z solą i masłem z mleka jaka] i ryż z soczewicą. Okazało się, że gospodarz ma na imię Tenzing. Dla górołazów imię łatwe do zapamiętania z oczywistych względów.

– Ilu ludzi tu mieszka w tej wiosce? – zapytał Franz.

– Teraz jest niewielu. Na zimę większość wraca do Leh, zostają nieliczni. – Tenzing cierpliwie odpowiadał na każde pytania.

Dowiedzieliśmy się, że studiuje przez Internet, do którego ma dostęp tylko w Leh lub Padum [do Leh – 4-5 dni drogi, do Padum 3-4], a na codzień zajmują się tu organizowaniem drzewa i gówna jaka do palenia oraz żywnością, a miejscowe dziewczyny robią ubrania z wełny owczej lub z wełny jaka. Zresztą, kiedy miejscowe laski dowiedziały się o białych w ich wiosce niezwłocznie przybiegły nas zobaczyć. Dziewczyny w wieku 12-16 lat [choć jak się potem okazało ocenianie wieku autochtonów po wyglądzie nie jest właściwe, bo panie wyglądające na 60 lat mają 30-40]. Dziewczyny pochwaliły się robótkami ręcznymi, wskutek czego część rzeczy kupiliśmy od razu [rękawiczki, skarpety i czapki], a część rzeczy zamówiliśmy na następny dzień. I faktycznie dziergały całą noc.

Cały czas towarzyszyły nam dzieci. Oglądanie tych małych istot, ubranych w regionalne stroje to naprawdę niesamowita sprawa. Poczęstowaliśmy dzieciaczki batonami, a starszym dziewczynom pokazaliśmy foty, zrobione dotychczas po drodze.

Zobacz mój filmik:

My tymczasem rozmawialiśmy z Tenzingiem przy changu. Chang to miejscowe piwo, które robi się z jaczej serwatki. Co się dorzuca do środka to nie wiem, ale odstawia się w metalowym lub plastikowym naczyniu w pokoju, gdzie jest piecyk i tak to sobie fermentuje. W dalszej podróży przekonaliśmy się, że chang jest w każdym domu. W smaku nie przypomina w ogóle piwa europejskiego, ale daje po czasze. Niestety, nie tylko po czasze. 4 razy byłem w toalecie [znaczy się w pomieszczeniu z dziurami], bo co wlałem górą, po chwili wylatywało dołem, jakbym tam miał bezpośrednią rurę kanalizacyjną wlew-wylew. Tutaj też dowiedzieliśmy się jak wyglądają w tych rejonach „toalety”.

Usytuowane są zawsze w wyższej części domostwa, by fekalia [mniej lub bardziej zbulwersowane] spadały na dno. Tam sobie zamarzają i tak tworzy się góra fekaliów – Feka Peak. Defekacja w takim miejscu wymaga zdolności gimnastycznych i umięśnionych ud, ale z czasem można wyrobić sobie odpowiednie umiejętności. A co się dzieje, kiedy Feka Peak osiąga rozmiary, które grożą połaskotaniem cynamonowego pierścienia od spodu? Ano wrzuca się do środka… rozżarzone gówno jaka, którym wcześniej ogrzewano ten jeden pokój. I tak gówno niweluje się gównem, dlatego bardzo często w pomieszczeniu pełniącym funkcję toalety jest mnóstwo gryzącego oczy i nozdrza dymu. Zatem nadstawienie tyłka nad dziurę, z której wydobywa się dym to sprawa wysokiego ryzyka. Uwędzić sobie można co nieco.

Jacza kupa przechowywana jest i suszona na dachu domu, na którym nawiasem mówiąc pasą się też kozy. Tak, mają ogrodzenie z suszącego się drewna i na tej niewielkiej przestrzeni przebywają sobie, podziwiając okolicę górską, a nad nimi powiewają na himalajskim wietrze kolorowe flagi modlitewne.

Dzień długi i obfity w przygody, ale wieczór niezwykle przyjemny i spokojny. I od kilku godzin w cieple. A przynajmniej dopóki żarzyła się jacza kupa w piecu. Potem temperatura spadała do ok. -10’C, ale my już pogrążeni byliśmy w śnie.

(Next Post) »


5 komentarzy to Dolina Zanskaru i droga do wioski Pidmo

  1. Brian napisał(a):

    I like all your posts. You’ve done fantastic job

  2. Ann napisał(a):

    Muszę przyznać że emocjonujące 🙂

  3. […] Dolina Zanskaru i droga do wioski Pidmo […]

  4. […] Dolina Zanskaru i droga do wioski Pidmo […]

  5. […] Dolina Zanskaru i droga do wioski Pidmo […]

© 2018: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress