Dzień w locie między Rzymem, Madrytem a Sao Paulo

Pierwszy dzień opisywałem tutaj:

Ameryka Południowa w 45 dni – dlaczego nie?

Coś mnie pogryzło w nocy. I nie były to komary. Spałem z plecakami na łóżku. I z prądem kłopoty, by naładować telefon.

Obudziłem się po szóstej. Spróbowałem się odprawić w Aviance na lot już w Brazi, ale cały czas wyskakują mi błędy. Spróbuję na lotnisku, a jak nie to do Sao Paulo polecę bez odprawy do Salvadoru.
Przygoda.
Może uda się coś na miejscu załatwić po wylądowaniu.
Oby.

Rzymu już dzisiaj nie, Rzymu nie.
Nie będę biegał z tobołami, a i na lotnisko jechać muszę. Sprawdzę co z tą odprawą. Może przez różnicę czasu mam z nią kłopoty? Bo w niektórych kompaniach w Brazi odprawić się można dopiero 48h przed lotem, a w niektórych nawet 24h przed! Jak dobrze, że u nas od 7 dni poprzedzających lot*. No, ale tu to trochę problematyczne jest.

*ten tekst pisałem jeszcze przed zmianami tanich linii lotniczy dotyczącymi darmowej odprawy. Teraz przy płatnej można odprawić się 30 dni przed podróżą, przy darmowej – 48h przed.

10:18

Siedzę sobie na tym balkonie i chłonę rzymski poranek.

Wczoraj potwierdziło się to, co już zauważyłem podczas moich poprzednich wizyt we Włoszech: Włosi mieszkający w dużych miastach (Milan, Turyn, Roma, Florencja) nie dbają o nie. Śmiecą na potęgę, wyrzucają tlące się papierochy na chodnik, choć śmietnik kilka metrów dalej, i plują.

A fe.

Filozofia „miej wyjebane” w praktyce…

Chociaż żeby być szczerym to napiszę, że goście z innych państw też nie są lepsi. Idzie taki do kibla, odleje się i nie spuści wody.

– W domu też tak robi? – pytała Verena dwa lata temu w Lizbonie.

A to tylko kwestia naciśnięcia jednego guzika od spłuczki.

11:19

Zrobiłem najbardziej kretyńską rzecz na tym wyjeździe.

Przynajmniej jak narazie 🙂

Spakowałem się i zacząłem robić porządki w rzeczach. Postanowiłem, że systematycznie będę się pozbywał balastu. Stare bilety potargałem i wyrzuciłem. Jeno zapomniałem, że rano z całej puli aktualnych biletów wyciągnąłem na wierzch ten na Fiumicino – by o nim nie zapomnieć i nie grzebać potem na Termini.
No i zapomniałem.
I właśnie ten bilet potargawszy i wyrzuciwszy.

No i rebus teraz.

Więc jadę do tej recepcji i pytam czy mogę wydrukować u nich bilet.

Nie.

Ale na mapce Człowiek-hindus wskazał mi gdzie mogę to zrobić. Zostawiłem więc rzeczy przy recepcji i poszedłem do sklepu z suwenirami, który – jak się okazało – prowadził inny Człowiek-hindus. 1e za druk jednej kartki. A na studiach drukowało się za 9 gr. i było dużo.

No i opuściłem Two Duck Hostel, jakoś nie będę za nim tęsknił. Pomyślałem, że na Termini zostawię bagaże w przechowalni i pójdę jeszcze na 2h w miasto, ale jakoś nie wyszło.

Więc siedzę teraz – gdzieżby indziej – w Mc. Shake, frytki i sałatka. I cheese z bekonem, a co mi tam. Gluten nie działa we Włoszech?

[ps. Działa].

Dziwne, ale przy samym Termini nie ma wcale tak wielu ludzi. Za niedługo idę na autobus. No i załatwić na lotnisku tę odprawę z Sao Paulo do Salvadoru, bo tam mam jakoś niewiele czasu na przesiadkę, a jeszcze muszę odebrać bagaż z lotu z Madrytu i odprawić go na lot do Salvadoru. Zdążę?

Żodyn wiersz nie powstał tu w Rzymie.
Żodyn!

15:28

Siedzę już na lotnisku.

Okazało się, że tu – co dziwnym nie jest – nie ma stoiska Avianca Brasil i nie mogę zrobić nigdzie odprawy. Więc napisałem do Cassi. Po niedługim czasie zrobiła mi odprawę i wysłała bilet mailem. Jest świetna! No i dziękuję za internet.

Ale trzeba druknąć. Rozglądam się po lotnisku – jest odpowiednie miejsce. Podchodzę.

– Ale musi pan mi najpierw wysłać maila. – powiedział kaleczonym angielskim pan człowiek Rzymianin. Uwielbiam akcent włoski w języku angielskim.To cudowne dodawanie samogłoski „a” na końcu wielu wyrazów…

– First-a you must send-a me a mail-a.

No to sendnąłem mu z mojego lapka, po czym… drukarka im się zawiesiła. I nie działa.

Normalnie człowiek-przygoda.

Koniec końców udało się, więc wszystko już gotowe.

Czekam na lot do Madrytu.

Nigdzie na Fiumicino nie widziałem kontaktów, więc nie mam gdzie podłączyć lapka, by obejrzeć „Homeland”. Bo się wkręciłem. Za to telefon ciągle mam w trybie samolotowym, więc zżera bardzo mało baterii, a i szybciej się ładuje. No i net działa.

I gut.

17:21

Check in i kontrola przebiegły bardzo sprawnie i szybko. Aż dziwnie.

Siedzę i czekam na boarding. I piszę z Tobiaszem. Lubię tego małego zgreda.

Na uszach Vangelis, soundtrack z misji NASA. Do startu i tak włączę „Mountains” z „Interstellar”.

Dżizas! Ale ci Włosi są głośni! Zawsze mam wrażenie, że oni gdy rozmawiają to się ze sobą kłócą. Ich gestykulacja napędza tę moją subiektywną recepcję.

Staram się nie być w myślach niedobry dla ludzi. Bo czasem jestem. Ale mam też wrażenie, że dla niektórych się nie da. Dobrze, że to tylko zostaje w mojej głowie.

Nie jest łatwo panować nad odruchem myśli…

Przed 23:00

No jest…dziwnie.

Najpierw podchodziliśmy do lądowania w Madrycie, jakieś 20min. krążył i krążył. Potem miałem 45 min., by dostać się z T2 na T1. I tu sprawdziło się lotniskowe obycie. Przydało się jak dawno już nie. Znajomość lotniskowych oznaczeń no i fakt, że już wcześniej tu na madryckim lotnisku byłem parę razy. Zwłaszcza, że na T1 szedłem jakieś 10-15 min. Potem znów kontrola, sprawdzanie paszportów i szukanie gate B28. Gdy już przyszedłem to okazało się, że kolejka stoi. To i ja stanąłem na końcu. Zrzuciłbym filmy z lapka na telefon, ale po co, skoro w samolocie pooglądam. Kupiłbym coś do jedzenia, ale po co, skoro w samolocie dostanę jedzenie.

I stoję.

Próbuję połączyć się z lotniskowym wi fi, ale na Suarezie jest jakaś dziwna logika, że trzeba najpierw stworzyć konto, a potem obejrzeć film reklamowy sponsora. Tak zrobiłem – i tyle, nie wyświetliło. To poniechałem. Na starcie [a właściwie już przed] półgodzinne opóźnienie. Przez ten czas mógłbym zrobić kilka rzeczy, a nie stać w kolejce jak za PRL-u.
Poza tym muszę w Sao Paulo się przesiąść na inny samolot.
Czas tu dosyć istotny.
A w drodze przez ocean może się wiele zdarzyć.
W sensie czasowo.
A właściwie nie tylko w tym sensie.

Teraz siedzę już w samolocie Air Europa. Są poduszki i kocyk, ale w ogóle nie ma ekraników na siedzeniach przed pasażerami, ani nawet radia. Nic. Dokładnie taki sam samolot, jakim robiliśmy połączenie wewnątrz Europy. I takim mamy lecieć za ocean? Mam nadzieję, że chociaż dadzą coś jeść, a potem usnę. Ciekawe jak to będzie z jetlagiem? Jak przyleciałem rok temu do Stanów to w zasadzie nie było, odczułem zdecydowanie gorzej po powrocie do Europy to kilkudniowe zło: sypiałem w dzień, nie spałem w nocy. Mam nadzieję, że teraz po powrocie będzie lepiej, bo od razu jadę na kawalerskie. Choć właściwie bycie na trybie nocnym chyba mi się wtedy przyda 😛

Mam tu ze sobą odmóżdżającego „Indianę Jonesa” w wersji książkowej. Nigdy nie czytałem, a film za dzieciaka bardzo mi się podobał. Podobno mają kręcić kolejną część.

– Głodnych nakarmić – rzecze Pan.

Nawet nie wiem jak długo będziemy lecieć.

———————-

Pierwsze obserwacje Brazylijczyków na lotnisku: SĄ GŁOŚNI. Przede mną w kolejce do boardingu stała matka z trójką dzieci. Najmłodszy z nich – Eduardo – to taki Mateuszek moich podróży. Zawsze kurwa znajdzie się taki jakiś Mateuszek! Tylko, że ten bił siostrę. A matka go prała za to po pysku.
Całe szczęście nie siedzi blisko mnie tu w samolocie.
Natomiast obok mnie dumnie rozsiadła się brazylijska matrona, duża big mama z tych gatunków big mamas, że lepiej nie podskakiwać.

Przespać lot.

I dojechać jakoś do centrum Salvadoru. Bo tam się podobno nawet 2h jedzie przez miasto.

I przetrwać Salvador. I Rio. Bo podobno łatwo po ryju dostać i zostać okradzionym. A właściwie dlaczego lecę do tej Brazylii?

Najbardziej na świecie nie lubię głośnych ludzi i tych, którzy narzucają się, naruszając moją przestrzeń prywatną. Dlatego też nie lubię owadów, głośnych motorów, hałasu, debili, którzy gwiżdżą w miejscu publicznym, albo – co gorsza! – słuchają muzyki z telefonu bez słuchawek. I spóźnialskich nie lubię. Coś czuję, że wszystko to czeka na mnie w Brazi.

Super, gratuluję wyboru destynacji, Podsiadełko.

————————–

Dziwne to wyposażenie samolotu. Mam kilka lotów na swoim koncie tych na inne kontynenty, do USA, Dubaju czy Indii – wszędzie telewizorki. I jedzenie. Telewizorków tu nie ma. Czy będzie jedzenie?

Pani powiedziała, że lot trwa 10h. Jest przed północą.

A pan steward zapytał czy to ja jem bez glutenu. Odruchowo odpowiedziałem, że tak – i poszedł. A ja rozkminiam czy trzeba było to gdzieś zaznaczyć? Ale bilety kupowała Cassi. Skąd ona wiedziała?
Jeju, ależ ja nic nie wiem! 😛
No, ale to dobry znak, bo przynajmniej wiem, że jedzenie będzie.

Kolejny start i znów Zimmer czeka. Ale muszę zmienić muzę w telefonie, bo ta już mi się znudziła, przejadła.

Kurwa, chyba słyszę w oddali Eduardo!

Zjem i idę spać, bom zmęczonym Grzesiem jest. O ile Eduardo pozwoli.

00:38

Oświetlony Madryt z góry wygląda zacnie.

————————

Ciekawe skąd oni wiedzą o tym bezglutenie? Pewnie mi dadzą jakiś papier z gotowanym styropianem.

Ale z kolei pilot zapowiedział dwie burze: godzinę po starcie i 6,5 h po. Mogą być turbulencje 🙂


Comments are Closed

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress