Dzień w Padum, jedynym „mieście” Zanskaru

Dzień w Padum. Jest to miejscowość jedna z większych, niektórzy nawet nazywają ją miastem. Cóż, ma prawie tysiąc mieszkańców i została nazwana tak na cześć Padmasambhava, znanego także jako Guru Rinpoche – mnicha buddyjskiego z VIII w. Położona jest na wysokości 3,657 m.n.p.m. Wiemy, że na pewno jest tam telefon satelitarny, więc będę mógł zadzwonić do Izy (no nie ukrywam, że już się trochę stęskniłem…)  i do Tomka, by powiedzieć, że żyję. Sieć powiązań rozniesie to dalej!

Z Karshy można się tam dostać oczywiście na piechotę, albo można wynająć też jeden z dwóch samochodów w wiosce. Odległość z Karshy przez zamarzniętą (a jakże!) rzekę Stod to ok. 10 km, czyli w tych warunkach jakieś 2,5-3h.

Uznaliśmy, że w drodze powrotnej już z Doliny Zanskaru wynajmiemy auto, chociaż do końca ubitej drogi tam, gdzie będzie możliwy dojazd, by trochę zaoszczędzić czasu, a dopiero potem wejdziemy znów na kilka dni na zamarzniętą rzekę. Dzięki temu będziemy mogli odejść od rzeki na 3-4 dni i wejść w góry powyżej 4 tys.

Gdy dotarliśmy do Padum okazało się, że wszystko jest zamknięte. Małe szopiki pozamykane, tylko restauracja czynna. Przy czym słowo „restauracja” oznacza oczywiście obskurne miejsce, gdzie serwują wrzątek, albo herbatę. Postanowiliśmy tam zaczekać aż życie w wiosce zacznie być widoczne, bo miejsce z telefonem satelitarnym też było zamknięte… To jak to? Nie usłyszę Izy?

Siedzieliśmy popijając gorącą herbatę i faktycznie po jakimś czasie siedzenia w „restauracji” [w temperaturze około -10’C] coś zaczęło się dziać. Ale porterów nie potrafiliśmy znaleźć. Otworzyli także miejsce z telefonem satelitarnym, więc postanowiłem skorzystać z okazji.

Na telefonie umiejscowionym w drewnianej budce telefonicznej, znajdującej się wewnątrz pomieszczenia, wykręciłem na okrągłej tarczy numer do Izy. Serce mi waliło jak dzikie, bo to tyle dni już minęło, a nie było jak się skontaktować! Odebrała:
– Halo?
– Cześć, Izuś, to ja! – ucieszyłem się, że ją słyszę.
– Ach, Grześ, to ty. – nastąpiła krótka  przerwa. – Fajnie, że dzwonisz, tylko szkoda, że tak wcześnie. Mogłam jeszcze godzinkę pospać przed pracą.
A mnie w tym momencie  jakby ktoś jebnął piąchą w ryj. Jak flashback przeleciały mi przed oczami te dwa tygodnie popierdalania przy minus chuj wie ilu po tej pieprzonej zamarzniętej rzece, ze szronem sypiącym się co rano na pysk. Nie wiedziałem co powiedzieć i nawet nie wiem czy jeszcze miałem ochotę mówić cokolwiek.
– Przepraszam, że cię obudziłem – powiedziałem cicho.
No tak, nie wziąłem pod uwagę tego, że jest ogromna różnica czasu i gdy u mnie jest środek dnia to w Polsce dopiero wstaje ranek. Ale nie dzwoniłem do niej z Opola, tylko z Himalajów, nie po to, by powiedzieć co jadłem na kolację i jak było w pracy, tylko by powiedzieć, że żyję i że myślę o niej często.
Nie powiedziałem tego. Dalsza część rozmowy była krótka i jakaś taka bezpłciowa.

Gdy odłożyłem słuchawkę przez chwilę stałem w tej budce jak zjeb i nie pamiętam żadnej swojej myśli. Wiem, że w pewnym momencie stwierdziłem, że była zaspana, a ja może tak to odebrałem bo od kilkunastu dni w ekstremalnych warunkach nie mogłem z nią porozmawiać, a co dopiero poczuć ją przy sobie. I chyba oczekiwałem czegoś więcej, niż wyrzutów, że ją obudziłem.

Zebrałem się w sobie i zadzwoniłem do Tomka, bo on był pierwszym moim kontaktem w razie czego z Himalajów (a jednak okazało się, że pierwszym po Izie) i to on przekazywał mojej mamie informacje o mnie. A przynajmniej taki był plan. Znów nie odebrał. Drugi raz. Chuj, kasa poszła się jebać, bo wykonanie połączenia przez telefon satelitarny nie należy do najtańszych. To mnie chyba doprawiło. Dobrze, że chociaż odebrał jak awaryjnie dzwoniłem do niego spod szczytu Elbrusa o 3 w nocy. Marcinowi odpadał odmarznięty nos, ja zrezygnowałem z wejścia na szczyt, bo trzeba było mu co pół godziny zmieniać opatrunki i wycierać płyn surowiczy, ale Tomek wtedy odebrał i pomógł. Teraz, podczas wyjazdu w Himalaje nie odebrał ani razu. Pierdolę, nie będę już dzwonił do niego.

To może mama? Wykręciłem numer i cisza. Zero odzewu. Przecież połączenia są możliwe, rozmawiałem z Izą. Czyżby nikt na mnie tam nie czekał? Nie wiem czy to kilkunastodniowe zmęczenie, czy ekstremalne warunki, prawie trzydziestostopniowe mrozy – ale stojąc tam wtedy w tej budce pośrodku himalajskiego zadupia – poczułem się strasznie samotny. Tak, określenie „strasznie” tu pasuje. Strasznie samotny. Ludzie używają tego przysłówka, który wyraża negatywne skojarzenia, by wyrazić pozytywne emocje: „film strasznie mi się podobał” itp. To przecież popierdolone mieszanie semantyki!

Kurwa, Podsiadło, serio o tym teraz myślisz?

Rozejrzałem się po budce. Na ścianach wisiały jakieś karteluszki w obcych i nieznanych mi językach.

Szymon! – pomyślałem, że przecież jest jeszcze Szymon. Ale co jak on także nie odbierze?

A co jak odbierze? – usłyszałem z tyłu głowy.

Wykręciłem numer i… jest! Odebrał. Świetnie było go usłyszeć. Pogadaliśmy krótko, ale tego trzeba było mi po tych trzech – napiszę wprost – nieudanych połączeniach. Jednak kilkadziesiąt sekund rozmowy z kimś, kogo uznaje się za jedną z najważniejszych osób wokół siebie to może dać powera. Czyż nie po to jest przyjaciel, by pocieszyć, nawet gdy ze swoją dziewczyną coś  nie poszło?

Gdy po tym wszystkim wyszedłem na zewnątrz, zapiąłem kurtałę i rozejrzałem się. W oddali zobaczyłem Franza, który stał niedaleko modlitewnego młynka.

Okazało się, że udało mu się znaleźć dwóch porterów i razem już jeepem dojechaliśmy do końca utwardzanej drogi. To była ta chwila, gdy trzeba było opuścić stabilny ląd i znów wejść na lód rzeki.

Dało się odczuć solidny mróz. Okropne to było! Jakby mi skóra twarzy zaczęła się kurczyć, jakoś ściągać. Dziwne uczucie. Woda zamarzała w ciągu kilkudziesięciu sekund, a nasze ruchy były spowolnione i poruszaliśmy się jakbyśmy łazili po Księżycu. Nie wiem dlaczego wielowarstwowość ubrań sprawiła, że wyglądaliśmy jak Pi i Sigma.

Rozbiliśmy się niedaleko rzeki. Szerpowie w jaskiniach, nad nami najbardziej gwieździsta noc, jaką dotychczas widziałem w Himalajach, a w namiocie wrażenie, jakby… oczy zamarzały.

Dobranoc.


Comments are Closed

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress