Jacza przygoda w drodze do Yulchung

Kiedy wstało słońce termometry odnotowały… -28’C. To ile było w nocy, skoro średnio temperatura spada o kilkanaście stopni??? Tego nie wiem, ale okrutne zimno dało się odczuć.

W 6h doszliśmy do Neraku, a po drodze towarzyszyła nam grupa z IAFu, czyli Indian Air Force. Banda młodych żołnierzy miała jakieś szkolenia w Himalajach.

Rozbiliśmy obóz i zaczęliśmy gotować wodę. Szerpowie innych grup stawali się coraz bardziej bezczelni, podchodzili do naszych namiotów, patrzyli na nas, jakby pierwszy raz widzieli białasa, a nawet brali nasze rzeczy do łap i oglądali je. Obyło się bez kłótni.

Dziś chyba też szykuje się zimna noc. Choć określenie „zimna” to kwestia względna, bo przecież ani razu temperatura nie wzrosła tu powyżej 0’C. Co chwilę chucham w długopis, by zapisać cokolwiek, bo tusz zamarza. Kremy zamarzają, oliwa zamarza, nawet tabasco nam zamarzło!

Jutro dojście do wspinu na grań na wysokość 4500 m.n.p.m. Potem 3 dni mniej-więcej na tych wysokościach.

Dzień 18

Rano pobudka znów ze szronem na twarzy.
Nie lubię tego.
I w nocy też – o zgrozo!- potrzeba, która okazała się silniejszą. Wygoniła mię nikczemnie z ciepłego namiotu [no, poprawka – z namiotu].

Zebraliśmy obóz, nie wiadomo skąd pojawił się dziadek, rzekomo właściciel tego terenu, by pobrać od nas opłatę za nocleg, za co także zostawiliśmy depozyt u niego i ruszyliśmy. My i Szerpowie.

Początkowo szliśmy rzeką, ale potem zaczęliśmy podejście, powolne i mozolne, krok za krokiem.
Po dwóch godzinach każdy został sam, idąc swoim tempem.
Wpatrzony pod stopy, by nie ześlizgnąć się i nie spaść tych kilkadziesiąt metrów w dół podniosłem na chwilę głowę i… oto przede mną stał w swym majestacie jak.
Yak.
Od razu przypomniała mi się scena z Ace’a Ventury, który naśladował głos jaka. Jaka? Ta:

Ale nijak nie wiem czy faktycznie jaki wydają takie dźwięki, bo ten po prostu sobie stał i patrzył na mnie. Dla niego zapewne ja byłem intruzem, bo przecież on był u siebie. Jak on tu wszedł i po co – nie wiem, ale stał mi na drodze i ani myślał o przesunięciu się.
Chwilę trwała wymiana spojrzeń, on nade mną, wielki i masywny, ja pod jego kopytkami, mały, wątły i niebaczny.
Jego masa vs moja masa.
Tylko, że on ma masę. A ja mam co najwyżej masę… rzeczy do posprzątania w domu.
Było pewne, że ktoś musi ustąpić. Wiadomo było kto.
Zatem zrobiłem kilka kroków w bok, uważając, by nie zsunąć się, bo przecież obsunięcie wiązałoby się ze spadkiem z dosyć stromego podejścia, zapewne na jego początek, a jak nic. Pojawiła się w mojej głowie zagadka wynikająca rzecz jasna z niewiedzy. Bo skoro taki jak jest z rodziny bykowatych to czy on na przykład nie zaczyna się denerwować, kiedy patrzy na mnie, który jestem w czerwonej kurtce? Czy w ogóle ma to jakieś znaczenie, ten kolor? I dlaczego on – motyla noga! [a raczej jacza noga!] – nie złazi!
Jak sprowokować jaka do odsunięcia się? Do przemieszczenia? No jak?

– No, panie jaku, dawaj w dół, bo ja śmigam do góry – powiedziałem po polsku do niego.

Nic.

Patrzy na mnie, jak jak na malowane wrota.

– Come on! Go! – krzyknąłem i… jak ruszył. Tym razem jego zdziwienie przeszło na mnie. Poliglota!
Obserwowałem jego wielkie cielsko pokryte wełną wprawione w ruch, kiedy zupełnie obojętnie i leniwie mijał mnie i schodził przed siebie. Nawet się nie obejrzał, nieczuły, podczas gdy ja jeszcze trochę śledziłem go wzrokiem.

Nie zrobiłem wtedy zdjęcia, ale wrzucam tu fotki jaków wykonane w wioskach:

Nadziać się na rogi takiego, albo zostać trąconym na stromym podejściu – nie, dziękuję.

Usiadłem więc i napiłem się izotonika, jako że widziałem przed sobą ten pion, który ciągle był do zrobienia. Tak zjeść teraz schabowego z ziemniakami, mhmm… Taaaaak, to byłoby coś.
Byłoby.
Ale nie jest.
Więc wyciągnąłem z plecaka to, co miałem do żarcia.

Kiedy zjadłem już snickersa i popiłem izotem, ruszyłem dalej.

Po jakimś czasie dotarłem do siedzącego Franza.

– Everytnig is all right? – zapytałem.

– Yea, it’s… just… my back hurts.

No to zupełnie nieodpowiednia chwila na ból pleców. Zaproponowałem więc, że wezmę od niego część rzeczy i przepakuję do mojego i tak już wypchanego plecaka, ale nie zgodził się. Ruszyłem więc dalej, a on został, informując, że czeka, aż tabletki zaczną działać. Cały czas jednak miałem go w zasięgu wzroku.

Kiedy dotarłem do przełęczy, Agna już siedziała przy stupie, a Franz wraz z Szerpami dopiero podchodzili.

Szybka przebiórka, bo zaczęło wiać niemiłosiernie i kilka łyków gorącej herbaty z termosu. I chałwa. Chałwa w takich warunkach jak zbawienie. Nie dość, że trochę energii ma to jej podstawową zaletą jest fakt, iż nie zamarza. Poczekaliśmy na resztę, chwilę odpoczęli i zaczęło się zejście, po którym znów czekało nas… podejście.

Odpoczynek zrobiliśmy niewiele niżej wysokości Mt Blanc.

Trwało to trochę, ale w końcu doszliśmy do wioski Yulchung, osadzonej na zboczach od strony południa.

Udało nam się znaleźć nocleg w murach, z pokojem, który miał taki widok, że najchętniej siedziałbym i patrzył cały czas przez to okno.

Ale po co zaglądać przez okno, skoro można wyjść na dach i oglądać to na żywo!? Wyszedłem więc z Agną na dach domu i rozłożyliśmy śpiwory, by wyschły od tego namiotowego szronu, a Franz leżał w pokoju.

Słońce cudownie grzało nasze twarze, a na dachu siedziała po turecku i pracowała pani babcia.

Usiadłem obok najstarszej w rodzie – jak się potem okazało – kobiety, która robiła z wyszarpywanych kłaków jakiegoś zwierzaka wełnę i nawijała ją na ten taki pierdolnik do wełny [jak to się nazywa?]. Bardzo miła kobieta, porozmawialiśmy sobie o robieniu wełny. Ponieważ nie znała angielskiego ja mówiłem do niej po polsku, skoro to bez różnicy, a ona odpowiadała mi po lakdahijsku. Co dziwne, nawet siebie zrozumieliśmy, a sama konwersacja była bardzo miła.

ZAJRZYJ TEŻ TUTAJ.

Młodsza w rodzie, mama dwóch synów, robiła akurat pranie: przelewała ogrzaną w „antenie” wodę i ręcznie gniotła ubranie. Młodzi z kolei biegali ze zrobionymi przez siebie łukami i – jak to dzieci – szalały. Nikt tu się nie martwił, że mogą sobie wydłubać oko, albo spaść z tego dachu.

Podano nam herbatę Szerpów zalaną wodą ogrzaną w słonecznym czajniku [wygląda jak antena satelitarna, która skupia promienie słoneczne].

Przyzwyczaiłem się już do jej słonego smaku roztopionego masła z mleka jaczego. Do tej herbaty podano z kolei… mąkę. Zatem czas na obiad, czyli sampę. Lepiąc tak w tym mrozie kolejne kulki ciasta niepostrzeżenie zaszło słońce. I w tym momencie, w ciągu zaledwie kilkunastu sekund [sic!] temperatura spadła tak bardzo, że musieliśmy opuścić dach. Najważniejsze, że śpiwory były suche i mogliśmy spać na sucho. Choć bez pieca, więc wieczór upłynął na przygotowywaniu się do piździawy: 4 warstwy ubrań, w tym puchówka + ogrzewacze.

Jest wieczór, po kolacji zrobionej na naszym palniku. Spokojny i cichy wieczór. Niby razem w pokoju, a każdy sam ze sobą.

To dziwne, ale nie napisałem tu jeszcze żadnego wiersza, choć notatki w różnych miejscach zrobiłem. A chciałbym dorzucić coś z Himów do tego tomiku, który ma się ukazać jeszcze w tym roku.

Kotłuje się w głowie pomysł sonetów himalajskich.

 

***
„Tam nie patrz, tam spadła źrenica,
Jak w studni Al-Kairu, o dno nie uderza.
I ręką tam nie wskazuj – nie masz u rąk pierza”
A.Mickiewicz, DROGA NAD PRZEPAŚCIA W CZUFUT-KALE

A właśnie, że spojrzę  dół,
Stąd tak niedaleko do Dachu Świata.
Mróz rozdziera palce na pół,
że o włos jest ich utrata.

Tu myśli uskrzydlają każdy krok,
nic poza myślą nie istnieje,
intuicyjnie nie schodzę w bok,
zatopiony w sobie wiem co się dzieje.

To dziwna dychotomia – jestem tu,
lecz w głowie siedzę przy Nich.
Wspinam się, a potem schodzę w dół,
rozbudzając śmiech, który ucichł.

wysokość Himalajów nie ma znaczenia,
jestem tu, a jednak mnie nie ma.

Yulchung

 

Rzeczy, na które zbierałem pieniądze, by je zakupić do różnego rodzaju wyjazdów w góry na takiej wyprawie tracą swoją wartość pieniężną, stają się przedmiotami jedynie praktycznymi, która mają służyć tu i teraz, a o które trudno dbać w takich warunkach… Zupełnie zatem należy zapomnieć, że jakaś rzecz kosztowała kilkaset zł. Ma pomóc, ułatwić tę trudną egzystencję powyżej 4 tys. m.n.p.m.


5 komentarzy to Jacza przygoda w drodze do Yulchung

  1. […] Jacza przygoda w drodze do Yulchung […]

  2. […] Jacza przygoda w drodze do Yulchung […]

  3. […] Jacza przygoda w drodze do Yulchung […]

  4. […] Jacza przygoda w drodze do Yulchung […]

  5. […] Jacza przygoda w drodze do Yulchung […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2019: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress