Klasztor Karsha i duchowa gościnność

Poranek zastaliśmy w pełnym słońcu. Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w stronę Karshy, gdzie znajduje się największy i najważniejszy w całym rejonie Gór Zanskar klasztor tybetańskich mnichów, znany pod nazwą Karsha Chamspaling.

Więcej o klasztorze przeczytasz tutaj:

Klasztor w Karshy (Karsha Gompa), Himalaje

Przed nami cały czas rozpościerał się widok sześciotysięczników, wieńczących dolinę.

Po drodze minęliśmy stado koni, które wyglądały jak dzikie mustangi. Przystanąłem na chwilę, aby im się przyjrzeć. Leniwie poruszały się po dolinie, a wiatr przeczesujący im grzywy dodawał im majestatu.

Po kilku godzinach marszu doszliśmy do Karshy. Od razu swoje kroki skierowaliśmy do Karsha Gompa, klasztoru, który usytuowany jest na zboczu góry. Zdziwiłem się w jaki sposób te budynki mogły zostać postawione na tak nieprzyjaznej podstawie.

W niedalekiej odległości przepływa rzeka Doda, która ma swój początek w lodowcu Drang Drung z Pensi La [4400 m.n.p.m.] i tworzy dopływ rzeki Zanskar, po której przecież tutaj dotarliśmy. Z tego, co się dowiedziałem klasztor ten został założony przez Phagspa Shesrab.

Ostanie kilkadziesiąt metrów to było dosyć strome podejście do klasztornych bram wejściowych, u których spotkaliśmy dwóch Indusów z przewodnikiem. Po krótkiej rozmowie okazało się, że nasz były Szerpa – Dordjee, który zdecydował się zostać dwie wioski temu i nie współpracować już z nami rozmawiał z tymże przewodnikiem i z innymi, by… zabronić im pracowania dla nas pod groźbą obicia ryjca [sic!] – tak bardzo chciał nam przeszkodzić w wynajęciu innych ludzi. Dziwna to była sprawa, bo przecież sam dobrowolnie zrezygnował. Jednak po tych słowach nie wiedzieliśmy zupełnie już na czym stoimy i czy uda nam się wynająć kogokolwiek.

Postanowiliśmy jednak nie myśleć o tym teraz i weszliśmy na teren klasztoru, który – jak się potem dowiedziałem – prowadzony jest przez młodszego brata Dalajlamy i mieszka w nim sto mnichów.

Znajdują się w nim relikwie Dordjee Rinchena, starożytne rzeźby skalne, a także kolorowe malowidła ścienne oraz ręcznie tkane i haftowane tkaniny z wizerunkiem Buddy.

 

Znajdowała się tam także bardzo klimatyczna sala modlitw, wyściełana dywanikami do modlenia.

Byliśmy tam sami, jednak aby wejść do środka musieliśmy zostawić buty przed drzwiami. Jakoś nie przeszkadzała mi ujemna temperatura, która panowała w środku. Skorzystałem z okazji i pomodliłem się. Nie do Buddy, ale mam nadzieję, że nie będzie miał mi On tego za złe.

Jednak klasztor ten to przede wszystkim dom dla młodszych i starszych mnichów, którzy zaprosili nas na mały posiłek.

Weszliśmy do sali, gdzie siedziało w czterech rzędach obok siebie kilkudziesięciu mnichów. Wyglądało to niesamowicie, tak właśnie jak pokazują na filmach. Młodzi chłopcy z ogolonymi na łyso głowami lub krótko ściętymi czarnymi włosami, a obok nich starszy szczerbaci mnisi w pełnym uśmiechu prezentujący niegdysiejsze uzębienie. Wszyscy jedli [a jakże!] sampę. Wzbudziliśmy nie lada zainteresowanie, ale zostaliśmy poczęstowani salt tea. Kiedy mnisi skończyli jeść od razu wyszli na modlitwy, które zresztą było słychać. A z okna niepowtarzalny widok, jeden z tych, które na zawsze pozostaną w mojej głowie. Ech, budzić się codziennie, mając za oknem coś takiego…

Podobny już niedługo będę miał w swoim domku.

Po zwiedzaniu klasztoru Tenzing zaprowadził nas do domu swojej siostry, która mieszka w najstarszym po klasztorze budynku w tej wiosce. Aby udo niego dojść trzeba było najpierw zejść ze stromej skały do jej podnóża.

Faktycznie, najstarszy po samym klasztorze budynek był bardzo zniszczony i… niski. Przechodząc korytarzami musiałem być cały czas schylony, podłogą była zwykła ubita ziemia, a w całym domu był wyraźnie odczuwalny smród zwierząt. O higienie nie mogło być tu mowy (jak ci ludzie tutaj tak mieszkają?), ale o gościnności zdecydowanie tak.

Siostra przedstawiła nam swoje dzieci – też małe Tenzingi z tą inną końcówką imienia.

Przydzielono nam pokój bez pieca i poczęstowano obiadem [ryż z tłuszczem]. Potem przyszedł właściciel [mąż siostry Tenzinga], który też jest przewodnikiem. Pokonwersowaliśmy trochę, a potem każdy zajął się swoimi sprawami, Agna czytała, Franz pielęgnował odciski, a ja spisywałem wszystko. Aż zachciało mi się nr 2. Wziąłem więc czołówkę i poszedłem na poszukiwania toalety [w sensie tych dziur]. Niestety, znalazłem tylko zdziwione jaki, które spoglądały na mnie dziwacznie, jakby w duchu jaczym swym wyśmiewały mnie, że nie potrafię tu nic znaleźć. Ale na końcu jednego z korytarzy zobaczyłem dużo słomy i kilka stożków kup.

To chyba tu – pomyślałem i zabrałem się do ściągania mych trzech warstw ubrań. Aż tu nagle – w trakcie czynności wykonywanej… przyszedł właściciel, który oznajmił mi, że to nie jest toaleta. Okazało się, że narobiłem im w „przedpokoju”, a wspomniane kupy były tworami zwierząt. Niestety, w tym syfie nie byłem w stanie tego odróżnić. Przeprosiłem, ale już niewiele mogłem zrobić, zakryłem słomą i wróciłem do naszego pomieszczenia. Potem starałem się unikać gospodarza.
I tak już mam przesrane…

Wieczór spędziliśmy przy płynach: oni przy Chengu, ja – nauczony doświadczeniem – przy czarnej herbacie.


One Comment to Klasztor Karsha i duchowa gościnność

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress