Klasztor Lingshed i męczące podejścia

Dzień 19

Rano musli.

Potem najcięższy dzień.
Mieliśmy podejście na wysokość prawie 4500 m.n.p.m. Potem zejście [kolano!] na trzy tys. z hakiem i znów podejście na 4370 m.n.p.m.
Różnica poziomów odczuwalna.
Długi dzień.
Chyba najdłuższy i w cholerę męczący.
Nie chce mi się tego opisywać.
Choć widoki… no… widoki to tak.
Mhm….

Doszliśmy do Lingshed [jakkolwiek się to pisze], gdzie znaleźliśmy nocleg w pierwszym budynku wioski.  

Okazało się, że jest to klinika medyczna [klinika dlatego, że w piwnicy były poustawiane na półkach jakieś lekarstwa w butelkach. Nie wzbudzało to zaufania].

Dostaliśmy pokój na górze, bez piecyka, a suszyliśmy rzeczy po zapadaniu się w tym śniegu w dolnej części przy jedynym piecu, razem z kilkoma innymi miejscowymi.

Na kolację ryż z fasolą.

Sen znów nieregularny.

____________________

…albo taka szczawiowa…

Dzień 20

Szybkie śniadanie i do klasztoru Lingshed Gompa. Grupa budynków z tybetańskimi mnichami w środku. Niedaleko głaz z napisem „Wolny Tybet”.

Wyczytałem, że Klasztor Lingshed został ufundowany w 1440 r. przez Changsems Sherabs Zangpo. Nasi pewnie jeszcze opowiadali o zwycięstwie pod Grunwaldem, jak tu już mnisi budowali klasztor.

Akurat trafiliśmy na ich śniadanie, na które zostaliśmy zaproszeni. Przechodząc przez ciemną „kuchnię” weszliśmy do jasnego, oszklonego od strony gór pomieszczenia. Widok za oknem był niesamowity – cała panorama sześciotysięczników.

Mnisi siedzieli po turecku [ciekawe czy u nich też taki sposób siedzenia nazywa się „po turecku”?], jeden obok drugiego w kilku rzędach i jedli – no bo co innego? – sampę. Dołączyliśmy do nich i usiedliśmy w kolejnym rzędzie. Przy salt tea próbowaliśmy rozmawiać, ale ich znajomość angielskiego była bardzo słaba, dlatego porozmawiał w hindi w zasadzie tylko Franz.

Potem zwiedzanie klasztoru.
Robi wrażenie.
Stare mury z jedenastowiecznymi rysunkami buddyjskich bogów i bogiń, sale skąpane w półmroku i mrozie, który sprawiał, że z ust leciała para – wszystko to tworzyło klimat niemal mistyczny.

W niektórych salach, tych z dużymi posągami bogów, trzeba było zostawić buty na zewnątrz. Myślałem, że stopy mi odpadną z zimna, ale trzeba było wytrzymać. A potem zapłacić „co łaska” za możliwość zwiedzania.

Postanowiliśmy wrócić na rzekę. W drodze z wioski minęliśmy szkołę. Tym razem budynek był  bardziej okazały.

Postanowiliśmy zejść do rzeki. Zajęło nam to 2h, poprzez wąwóz, w którym leżała padlina zamarzniętej kozy. Zapewne dotarła do rzeki, ale już nie zdołała wrócić.

Po dwóch godzinach znów pod naszymi stopami był lód. I znowu to dziwne uczucie, kiedy nogi muszą się przyzwyczaić do śliskiej nawierzchni, a słuch do odgłosów pękającego na różne sposoby lodu. Idąc ok. godziny dotarliśmy do znanego nam już Neraku, gdzie kilka dni wcześniej zostawiliśmy depozyt. Okazało się, że ktoś podmienił naszemu porterowi śpiwór, wziął jego zimowy i zostawił… letni. Kto bierze letnie śpiwory na wyprawę w Himalaje? [hmmm… może ktoś, kto bierze też namiot letni !]. Podmieniono nam też gumowce, zamienili dwie dziesiątki i siódemkę na dwie szóstki i czwórkę. Z dzieciorem jakimś tu łazili czy co? Po co komuś za duże gumczaki?

Postanowiliśmy więc, że kiedy wrócimy do Leh zrzucimy się na śpiwór dla Szerpy, bo przecież chłopina niczemu nie był winny. A po drodze oddamy mu nasze ogrzewacze.

Zabraliśmy rzeczy i czekały nas jeszcze dwie godziny marszu po zamarzniętej rzece.

Idąc cały czas myśleliśmy o ostatniej puszce tuńczyka z makaronem, ale kiedy założyliśmy obóz i wzięliśmy się za gotowanie, okazało się, że ukradli nam też tuńczyka i puszkę z mięsem. Dlatego na kolację były resztki makaronu z odkrojonym, bo zamarzniętym, sosem pomidorowym i oliwkami. Jak się nie ma co się lubi…

__________________________

…albo pomidorowa nawet…

 

***
brak zasięgu to zbawienie dla myśli
a brak wiadomości to dobra wiadomość
nie odpowiadam za to kto mi się przyśni
ale każdy z  nich wpędza mnie w radość

gdzie okiem sięgnąć – szczyty ośnieżone
sampa wypełnia po brzegi żołądek
wspominam twarze przed chwilą wyśnione
i robię remanent w głowie i porządek

bo trzeba izolacji geograficznej
wyłączonej komórki i świętego spokoju
i alienacji nad wyraz psychicznej
by zobaczyć kto kim w codziennym znoju

bo tylko wtedy gdy się daleko odjedzie
można poznać kto przyjacielem jest, był i będzie

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2018: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress