Kwintesencja paryskich doznań- Luwr, Orangerie, D’Orsay

Paryż – dzień drugi.

Luwr.

W końcu tu jestem.

Marzenie wielu lat się spełniło. Czyż nie po to się żyje, by je realizować?

No to jestem.

Po 3h robię sobie przerwę. Siedzę w części rzeźb, obok kodeksu Hammurabiego.

To takie proste – oko za oko, ząb za ząb.
Któryś z przyjaciół cię zdradził – masz pełne prawo zrobić mu to samo.
Ktoś cię wystawił – wystaw go też.
Piękne w swej prostocie!
Ale jednak ludzie są tacy zdziwieni, kiedy zaczynasz ich traktować tak, jak oni ciebie…

Więc sobie luwruję.

Pierwsze swe kroki skierowałem do Niej.

No jest. Wisi.

Tłum ludzi skutecznie odbiera radość kontemplowania. Po prostu się nie da. Ciekaw jestem jak się czuje Tiziano wisząc na plecach Giocondy.

– To jest ta słynna „Ostatnia wieczerza”? – słyszę naraz z boku.

Na Boga, to nie Mediolan! Aż taka ignorancja artystyczna? Pomylić „Giocondę” z „Ostatnią wieczerzą”? Serio, kurwa? Trzynaście osób za stołem z portretem laski? Gdzie ktoś zostawił mózg?!?!

Nawet tutaj wszyscy zapatrzeni w telefony, zamiast w obrazy. Tylko ja z zeszytem i aparatem. Jak jakiś psychopata.

Mona Lisa królową selfie.

„Ja z Mona Lisą”

„Takie tam z Giocondą”.

Baptiste Pellerin, La corruption d’un Chats fourrez dans l’Isle de la Condemnation – cóż za dziwna rycina! Jakaś wilkopodobna postać wciska humanoidalnemu maszkaronowi dużą strzykawkę w odbyt. Takie rzeczy w Luwrze!

Do tego cała gama rzeźb: Michał Anioł i jego Umierający jeniec, cudowny Canova Antonio ze swoimi Cupid i psyche i rzeźby egipskie. Robią wrażenie.

Zrobiłem cały Denon, teraz Scully, potem Richelieu.

Więcej o Luwrze (plan muzeum, bilety, info praktyczne) znajdziesz TUTAJ.

  • „Wolność wiodąca lud na barykady” Delacroix bez większych zachwytów,
  • „Ukrzyżowanie” El Greco jakoś też obojętnie [może spowodowane to jest nadmiarem El Greco, któremu była poświęcona cała wystawa w madryckim Prado?],
  • Caravaggio,
  • Wenus z Milo, która nijak nie wiem w jaki sposób stała się symbolem piękna. Ok., idealna w swojej prostocie, ale subiektywnie – niekoniecznie piękna. Klasycyzm ewidentny, ale w takim razie nie zawsze to, co klasyczne podoba się i mnie,
  • Nike z Samotraki, którą oj jak bardzo tak – z każdej strony.

Ciekawa sprawa – żal mi się zrobiło dzieci, tych ustawianych przez rodziców przy rzeźbach Michała Anioła lub obrazach malarzy, o których nic nawet nie wiedzą i wiedzieć nie chcą – ziewające, znudzone, zmęczone. A wszystko po to, by rodzic pstryknął fotkę.

Ileż tu tak bardzo klasycznych i harmonijnych w układzie ciał!

Obrazów nadmiar, ogrom rzeźb, mnóóóóóstwo eksponatów. Jednak chyba rzeźby do mnie przemawiają najbardziej.

Rano tu przyjechałem myśląc, że kolejka nie będzie duża. Połowa Paryża pomyślała podobnie. Przydało się zatem kupienie PMP – wszedłem bez kolejki.

Od rana Rusek jakiś tłukł się w pokoju. Specyficzny człowiek. Niepewny.

A wczoraj wieczorem byłem w Montmartre. Kafejki, grajkowanie, uliczki – fajny klimat. Potem Moulin Rouge i sex dzielnica. Ale cóż tam można robić, skoro tam same sexshopy i sexkluby? Może gdybym był z kimś to byłoby zabawnie. A tak samemu? Wróciłem więc pod katedrę. Tam zastał nas mrok i widok na oświetlony w dole Paryż.
Z góry.
Pięknie.
I muzyka.
I wszyscy siedzący na schodach śpiewali.
Cudowny klimat.
Po to się żyje na świecie – dla takich chwil. Zjednoczenia. Wspólnoty bezimiennej. Nienachalnej. Pozytywnych emocji.

Dziś też tam chyba zajdę.

Jak będę miał siły, bo stąd idę do Oranżerii.

Krótki posiłek przy fontannie i teraz Oranżeria.

Pierwsze dwa pomieszczenia to „Lilie” Moneta. Boże, jak ja lubię impresjonizm!
Magia…

A tu dalej Renoir, Guillame, Cezanne!

Nie zapiszę tu moich impresji…

Więcej o Oranżerii przeczytasz TUTAJ.

D’Orsay.

Też lubimy.

D’Orsay i Oranżeria zdecydowanie bardziej sprzyjają kontemplacji dzieł sztuki niż Luwr.

  • Touloux-Lautrec miał nawet swój pokój w burdelu przy Rue de Moulin.
  • „Jeune fille de Megera”
  • Charles Emile De Tournemine i „Afrykańskie słonie” – piękne!!!
  • Leon Bonnat „Hiob” – jakżesz bardziej na żywo odczuć można cierpienie hiobowe, niż z podręcznika. Każdy detal starczego ciała, doświadczonego przez choroby i uciśnienia psychiczne widoczny, a jednocześnie imponująca dalsza pewność, że Bóg jest dobry i spojrzenie w górę pełne ufności…
  • Gustave Moreau „Orphee” z głowizną na przedzie
  • Mocne i niesamowite Henri Regnault “Execution Without Trial” – znów odcięta głowa, ale niesamowicie namalowane detale ciał obu
  • No i w końcu na żywo Paul Gauguin i ”Les alyscamps”, które wiszą u mnie od lat! Magia i orgazm dla oczu!
  • Monet i trzy wersje katedry w Roven
  • No i Van Gogh ze „Sjestą”, swoim pokojem podejrzewam, że jeszcze w Arles, słynny autoportret i najpiękniejsza z wszystkich „Gwieździsta noc” [ładnie po francusku brzmi: „La nuit etoilee”]. Przy tym obrazie stałem najdłużej. Od lat spoglądam na swoją reprodukcję na ścianie, ale widzieć oryginał – nie, czas się zatrzymał. Umysł schizofrenika czy tak niesamowicie prosto ujęte gwiazdy i niebo. Żeby mieć coś takiego na swojej ścianie w domku w górach… Tak, oryginalny van Gogh. Niesamowita postać. „Somewhere between genius and alienation”. I jakaż cudowna książka Irvinga Stone’a o malarzu. Aż szkoda, że już ją przeczytałem. Jeden wyjazd do Zako.

Uczta dla duszy – od rana. Nie jestem w stanie tego opisać. Tyle wyczekiwanych od lat dzieł sztuki – już zapisanych na siatkówce oka. Do końca.

O muzeum D’Orsay więcej przeczytasz TUTAJ.

Teraz uczta dla ciała. Muszę zacząć jeść więcej warzyw i ryb.

Zjadłem posiłek w muzealnej restauracji [trudno to nazwać obiadem]. Ale smakowało mi: sałatka z grzankami, szynką, serem i pomidorem, buła i świeżo wyciskany sok z pomarańczy [smakował jak ten w Afryce!] i… herbata! Tu herbata droższa od kawy, ale co tam. Na tym wyjeździe ciężko o herbatę. A tęskno mi za nią. Spożywanie posiłku w otoczeniu tylu dzieł sztuki ma w sobie coś z perwersji, niegodnego przymusu przełykania kęsów, gdy strawa duchowa tu istotniejsza. Ale ciało! Tego się nie ominie. Ciało się dopomina. Dusza zadowolona i połechtana na dłuuuugi czas. Ale ciało… tak pięknie tu pokazywane. Ech…

Taras widokowy D’Orsey.

Pięknie prezentuje się wzgórze Montmartre. Wzgórze śmierci? Ktoś tam kiedyś kogoś powiesił, stąd chyba nazwa. A teraz wzgórze seksu i pijaństwa. Eros i Tanatos w jednym? Bez absyntu.

I widok na rzekę. I na Luwr.

Miło kiedy czas nie goni.

Może walnąć sobie Wersal? Bo Disneyland to nie, to nie…

A jednak to możliwe zrobić trzy największe muzea Paryża w jeden dzień. I to paradoksalnie najdłużej w Luwrze – to z racji rozmiarów.

Jak to się robi?

Wybieram sobie po prostu te rzeczy, które chcę zobaczyć i… idę je zobaczyć. To proste. Nie przystaję przy każdym obrazie udając, że niesamowicie mnie on interesuje i zachwyca, jak mnie nie interesuje i nie zachwyca. Jak Słowacki u Gombro. Po co tak? Na co?

Oczywiście, jak po drodze jest coś interesującego – przystanę, zobaczę, zachwycę się. Ale nie przy każdym eksponacie. Wybieram więc co chcę i to oglądam, kontempluję. Omijam np. oglądanie fragmentów mozaik arabskich, bo widziałem takie na żywo w Maroku. Więc cóż mi po fragmentach takowych w Paryżu kradzionych krzywdą wydartych z miejsc oryginalnych?

Tak to robię – nie udaję zachwytu tam, gdzie go we mnie nie ma.

Siedzę sobie na schodach przy d’Orsey. Podchodzi do mnie jakiś mały Chińczyk i pyta czy może sobie ze mną zrobić zdjęcie. Patrzę, obserwuje go banda małych Chińczyków. Pewnie jakiś zakład. Zgodziłem się, zrobiliśmy sobie selfie i… coś wygrał. Ale co- nie wiem. Może już za chwilę będę na jakimś chińskim odpowiedniku facebooka? Podobne akcje mieliśmy, gdy byliśmy z Anią w Korei i Japonii. Tam byliśmy ciekawostką, wyróżniającą się wśród ludzi kolorem skóry i wzrostem innością, dlatego podchodzili robić  sobie z nami zdjęcia. W Tokio nawet podeszła do mnie cała klasa, aby zrobić sobie zdjęcie. Zresztą, napiszę o tym niebawem.

Idę do Łuku, a potem pod wieżę oświetloną.

Na nogach.

Już.

Już tu jestem.

Kolejna komuna.

Całe pola Marsowe wypełnione ludźmi, pikniki, jedzenie, wino, piwo. Wszyscy czekamy, aż zapadnie zmrok i Ona się rozświetli. Myślałem, że wrócę na Montmartre, ale posiedzę tu. Mam różane wino, ser niebieski pleśniowy, krakersy i oliwki.
I czekam.
Czekamy.

Jezu, ale chciałbym, żeby tak było u nas. Ale nie ma szans. Tu jest inna kultura picia. Nie, moment – tu w OGÓLE jest kultura picia. Nikt do nikogo nie ma pretensji, nikt nie szuka zaczepki, wszyscy się bawią, są uśmiechnięci, pomocni. Wino otworzyłem, bo pożyczyłem otwieracz od jakichś Francuzów. Naprawdę pozytyw.

Słońce powoli dotyka horyzontu.

Dwóch porządkowych chodzi między ludźmi i od razu sprzątają śmieci. Dwóch wystarczy na cały teren.

Vicomte d’Aumelas – przepyszne wino!

Całe 2,10e.

I tutaj są ludzie, którzy sprzedają między tymi na trawie – wino, piwo, a nawet szampana. Nikt się nie czepia, że nie dają paragonów czy że to nielegalne. A przecież Francja jest w tej samej UE.

Ser bleu okazał się zielony. A ja jestem zielony w rozróżnianiu gatunków sera.

Wiersz.

Mam nadzieję, że uda mi się wydać w tym roku ten tomik poezji „Nietu” nie, jaki to był tytuł? „W przytrafie”? Kurde, wyleciało mi z głowy.

Aż dziwne, że podczas tego całego wyjazdu spotkałem tylko jedną znajomą osobę. Z doświadczeń poprzednich wyjazdów wiem, że świat jest już mały i zazwyczaj spotykam daleko od domu kogoś znajomego. A teraz? Hmm… Ale za to ileż poznałem!?

Deos gratias!

Ależ ser tu pasuje do wina!

Albo wino do sera!

Mhmmm…

Ale to nie jest tak, że tych sprzedawaczy-szwędaczy jest dwóch. To cała armia! Albo i więcej. Średnio co kilkanaście sekund jakiś podchodzi i chce coś opchnąć.

Izoluję się muzyką.

Śmiesznie ludzie wyglądają, gdy próbują sobie zrobić selfie z oryginalną minką. Albo jak trzymają wieżę w dłoni. Te przymiarki. Te usteczka. To ustawianie się. O tempora! O mores!

No i świeci.

Dostojna taka.

Pięknie wygląda. A o 22.oo na pięć minut rozpoczyna się feeria błyszczących migających światełek na całej powierzchni wieży. A potem ten wirujący, niczym z latarni morskiej, reflektor.

Ładne.

I ta wszechobecna marihuana w powietrzu!

 

 

INFO PRAKTYCZNE

Poruszać się po Paryżu – jak zawsze polecam na nogach.
Dojechać metrem na przykład na Pola Elizejskie
i stamtąd wszystko jest w zasięgu spaceru do 2h w każdą stronę.

Miasto jest bardzo specyficzne,
z jednej strony w sklepach młodzi sprzedawcy udają, że nie znają angielskiego,
a z drugiej ludzie na ulicy czy pod wieżą są niezwykle mili i pomocni.

Zdecydowanie polecam zakupić kartę Paris Pass Museum,
jeśli chcecie zwiedzić wiele placówek.
Karta, choć niezbyt tania, obejmuje swoim zasięgiem większość atrakcji Paryża.
A dodatkowo – w sezonie to nie lada ułatwienie! – pozwala omijać kolejki,
a co za tym idzie – oszczędzać czas.

Warto wcześniej przygotować się do zwiedzania na przykład Luwru.
Logistyka tego muzeum jest specyficzna,
więc warto określić sobie gdzie chce się pójść i co zobaczyć.
To ważne dla tych, którzy chcą zrobić Paryż w weekend.

Zakupy.
Wbrew pozorom można w Paryżu zrobić duże zakupy za niewielką kasę.
Zasada jest prosta i od lat ta sama:
wystarczy odejść trzy-cztery przecznice od głównych atrakcji turystycznych
i w małych sklepikach zrobić zakupy.
Mało który turysta tam zagląda,
a sklepy bardziej nastawione są na lokalsów.

O pierwszych wrażeniach, jakie wywołał we mnie Paryż pisałem tutaj:

Paryż-sraryż

« (Previous Post)


Comments are Closed

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress