Muszę pożegnać Barcelonę znów…

Barcelona cz. 3

Sagrada Tibidibidabobabo

Znów poranek na hostelowym patio [patio?].

Wczorajsza sjesta się przydała.

Byłem u Basi.
Poznałem ją jakiś czas temu w Almerii na południu Hiszpanii. Teraz mieszka tutaj i pracuje jako… asystentka magika. Ma mieszkanie na ostatnim piętrze wieżowca, z dużym tarasem większym, niż moje mieszkanie. I na nim właśnie była impreza. Widok na „Barcelona’s Dick” – jak mi przedstawiono wieżowiec podobny do tej londyńskiej wyciskaczki cytryn – i na Sagrada Familia.

I fantastyczni ludzie: z Holandii, Anglii, Polski, Chile, Argentyny. Dlatego kibicowanie na wczorajszym finale piłki nożnej było ciekawe. Niestety, Argentyna przegrała. (czołowa zasada jest taka, że zawsze jesteś kibicem drużyny kraju, w którym aktualnie przebywasz).

A na tarasie poznałem ideał hiszpańskiej, katalońskiej piękności – Mariane: długie proste czarne włosy, piękny pełny uśmiech odsłaniający perłowe zęby, idealna talia i… słaba znajomość języka angielskiego. Piliśmy wino, potem dwie gitary poszły w ruch. Zaczęła się bujać, ruszać do rytmu, a potem tańczyć.
Piękno w ruchu!
I ten język! Kataloński bardziej, niż hiszpański jednak mi podchodzi. Normalnie mogłaby mi czytać nawet przepis na kotlety mielone – i tak byłoby seksownie i genialnie. Więc komunikacja po ang.-hiszp. Nawet pojawiła się w głowie myśl, żeby coś podziałać, ale okazało się, że ona wzdycha do jednego z gitarowców. A on wymiatał po strunach nieźle. Raczej na moje gitarowe kawałki Heya czy „Zombie” bym jej nie wyrwał…
Dżem vs flamenco…
Tja.

Był plan, żeby iść potańczyć, ale większość jednak się rozeszła. Ja też miałem dziś rano wstać wcześniej, więc nocnym autobusem z takim Amerykaninem Adamem wróciłem do hostelu. Gadaliśmy po drodze o wspinaczce i szpeju, bo też się wspina, więc podróż zleciała. Było chyba po czwartej.

Teraz ogarnąłem już dojazd na lotnisko i mam jeszcze trochę czasu, a najzwyczajniej w świecie nie chce mi się już biegać po Barcelonie. Zwłaszcza z dużym plecakiem. Wszystko to, co chciałem zobaczyć [a nawet więcej] – zobaczyłem w trzy dni. I tak wiem, że jeszcze tu wrócę. To miasto ma w sobie coś, co mnie nęci i pociąga.

Najchętniej położyłbym się spać. Jakoś nie wysypiam się tu. W dzień ciągle łażę [ile km zrobiłem piechotą po Barcelonie???], a w nocy udzielam się towarzysko. Nie ma czasu na sen. Szkoda spać, gdy tyle się dzieje z tak cudownymi ludźmi. Mam jeszcze 6h do wyjazdu na lotnisko, więc pewnie i tak pójdę w teren.

Tak się rozglądam kto siedzi przy stolikach – normalnie piękne ciała tu są. Nie wiem czy najpiękniejsze okazy przybywają tylko do Barcelony, a reszta, ta brzydsza, leci gdzieś indziej? Przecież wyjście na plażę to masakra wizualna. To co będzie się działo na Majorce?

Teraz zamierzam odpocząć i nie robić nic. Samolot mam wieczorem, więc będzie czas. A nocami będę sypiał. Nie imprezował.
Sypiał.
Na Majorce.
Taki mam plan.
No.

Pani w hostelu w Gironie miała rację – w Barcy wszyscy myślą tylko o jednym. W zasadzie o dwóch: party i seks.

What do you mean you don’t wanna have sex with me? I’m dancing with you for 10 minutes! – jak usłyszała Basia onegdaj w klubie od zainteresowanego nią absztyfikanta.

Po piątej jakoś.

Znów na lotnisku. Muszę się przyzwyczaić, bo zamierzam spędzić kilka nocy śpiąc na lotniskach.

Oczywiście poszedłem w teren. Tym razem z pełnym plecakiem. Udało mi się wejść do katedry na chwilę przed wypraszaniem turystów, by… znów ich wpuszczać, ale za opłatą. Dziwne to było.

O katedrze więcej piszę tutaj:

Katedra św. Eulalii, Barcelona, Hiszpania

Połaziłem po wąskich uliczkach i gdy doszedłem do Placa de Cantalunya, skąd były aerobusy, stwierdziłem, że przecież nie będę siedział 6h na lotnisku. To La Ramblę zszedłem do Columba znów [jakie to są odległości wie tylko ten, kto tam był 🙂 ], a potem na Barcelonetę. Cudownie czuć morski wiatr na nagim ciele.

Na Barcelonetcie nie ma problemu, by opalać się topless. Praktykuje to wiele kobiet. Niestety, to wcale nie oznacza zawsze pięknych widoków. Są także mięsne jeże. Ale całe szczęście kilka Hiszpanek uratowało honor cycków!

Jednak trzeba było powiedzieć „żegnajcie mi dziś, hiszpańskie dziewczyny” i opuścić plażę.

O Barcelonetcie więcej piszę tutaj:

Barcelona – 10 najlepszych miejsc

Z buta wróciłem na Cantalunyę [kolejne kilometry]. Dlaczego mogę popieprzać całymi dniami z pełnym plecakiem w górach czy tutaj, a do pracy nie chce mi się łazić piechotą?

Nie wiem.

Teraz siedzę na lotnisku, T2 – i czekam na aeroplan na Mallorkę. Siedzę wewnątrz, bo jest klima. Ale nie wiem po co ten koń na sterydach na El Prat.
W zasadzie miałem jechać pociągiem do Madrytu, ale okazało się, że taniej mi będzie polecieć przez… Majorkę.
No to już tam zostanę trochę…

 

INFO PRAKTYCZNE

Odjazdy na oba lotniska (El Prat i Girona) są z jednego miejsca: Placa de Cantalunya. Więcej o lotniskach w Barcelonie piszę tu:
EL PRAT                               GIRONA

Można dojechać, ale ja oczywiście polecam dojść na piechotkę:
z portu la Ramblą prosto do góry.

La Rambla to główny deptak  Barcelony,
na którym mnóstwo jest knajpek, sklepów i stoisk.

Duży wybór miejscowych tapas,
a jak przeciśniecie się w boczne uliczki
znajdziecie duży targ ze wschodniej strony
czy katedrę i ryneczek z zachodniej.


One Comment to Muszę pożegnać Barcelonę znów…

  1. ann napisał(a):

    Pięknie! 🙂

© 2018: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress