Na dachu Girony

 

Wstałem z bólem głowy. A w zasadzie budzik o 9.oo się rozkrzyczał, bo do 10.oo śniadanie. Poleżałem trochę w łóżku, ale gdy mój pokojowy towarzysz, przydzielony najwyraźniej wczoraj wyszedł, był to dla mnie sygnał mobilizujący. Podniosłem zwłoki i zjechałem na śniadanie.

A tam dużo ludzi, do żarcia tosty, suchary, dżem i trzy rodzaje płatków z mlekiem. Plus ciepła herbata i sok. Lubię herbatę z rana.

Wczoraj sobie nieco pofolgowałem, jedząc tę kolację na mieście, co odczuł mój brzuch. Koktajl krewetkowy, stek z frytkami, sernik i kilka piw. Brzuszek się buntuje. Ale wraca już do formy.

Potem prysznic i na miacho. Wąskie uliczki starego miasta wszędzie mają taki sam urok – dają cień tak bardzo potrzebny w tych krajach. To dlatego pewnie budynki stawiane były tak blisko siebie. I ten zwyczaj chodzenia na śniadania do knajpek. Sam nie jadam śniadań, jak nie muszę [bleee… przypomniało mi się wyprawowe wmuszanie w siebie kaszki lub płatków zalanych gotowanym śniegiem], ale zwyczaj całkiem fajny. Tylko, że ja nie przepadam za słodkimi śniadaniami.

Pomodliłem się też w jednym z kościołów. Wolę modlić się w górach czy w ogóle na łonie przyrody, ale puste kościoły też mają niesamowity urok. Jak ten z grającą cichutko muzyką chorałów gregoriańskich w Vesoul.

Minąłem też muzeum kinematografii, ale nie wszedłem. Mały budynek, a nie wiem co w środku. Po najgenialniejszym muzeum kina, w jakim byłem – w Turynie – ciężko będzie pokazać coś nowego. Tam spędziłem ponad pół dnia. I nawet lokomotywa Lumiere wjeżdżała na stację „La Ciotat”. A tu – nie wiem.

Nie wiem która godzina.

Połaziłem po innej części starego miasta. Naprawdę piękne. Otaczające mury, stare kościoły, kolorowe kamienice, ogrody… Naprawdę cudowny klimat, spokój, tylko… komary!

Potem poszedłem do hostelu coś zjeść i… obudziłem się po ponad 2h. Chwilę pogadałem z roommatem i teraz siedzę w cieniu na małym placyku. Niedaleko mnie siedzi długowłosa, bosa niewiasta, całkiem ładna.

Mhm – tak, ładna Hiszpanka.

20:09

Trzeba nastawić budzik. Jutro wcześnie muszę się ogarnąć, prysznic, śniadanie i do Barcelony. Chyba od razu na wejście trzasnę sobie Camp Nou, bo to tylko trzy stacje metra od mojego hostelu.

Jakoś po 21.

Siedzę na dachu hostelu i piję Sangrię. Obok książka Jacka Landona „Na szlaku”. Aż takim trampem nie jestem. Nie działam niezgodnie z prawem. Dziś nawet nie wszedłem do kościoła, by zwiedzać, bo miałem krótkie spodenki i koszulkę, a w takim stroju nie wolno było wchodzić. Rodzinka przede mną weszła, nikt nie sprawdzał, a ja nie.

Zjadłem na kolację omlet ziemniaczany i pyszną rybę w sosie pomidorowym. Mój brzusio to lubi.

A teraz Sangria. 7%. Dach, z którego widać wzgórza Girony i dachówki znajdujących się niżej budynków.
Piękne.

I dzwony we wszystkich kościołach słychać, każdy ma inny dźwięk.
Kakofonia zmysłów: dzwony, kolorowa Girona i sangria.

Me gusta, muy bien.
A jakaż pani dostarcza tu sangrię, mmmm…

I mewy.

Wciąż słychać mewy. A do morza na Costa Brava jest kawałek. Na tych rzekach mieszkają, czy co?

A od jutra to już morze.
Śródziemne.
Tak.
Lubię Morze Śródziemne.
Potem wyspa.
Ląd.
Atlantyk.

Na uszach Preisner. Preisner w Gironie? No tak jakoś.

Zostałem trampem – dlatego, że tęsknił we mnie puls życia, że pragnienie bujności i przestrzeni nie pozwoliło mi spocząć […] Wyszedłem na włóczęgę, ponieważ nie zostałem stworzony, aby całe życie pracować „w jednej zmianie”, ponieważ zresztą – miły Boże – po prostu łatwiej mi było wyruszyć, niż pozostać.
J.London

Co ja robię w Krapkowicach?

Zarabiam na Nietu.

No jakoś noc już.

Wciąż siedzę na dachu. Bardzo miły wieczór. Dosiadł się do mnie mój roommate. Ukrainiec z Kijowa. Leci na Ibizę. Jest DJem, podobno jeden z bardziej znanych na Ukrze. Ale wiadomo, że nieznajomym można powiedzieć wszystko. Tak, jakbym ja mówił, że jestem jednym z najlepszych wychowawców w Polsce… 😛 Ale jakoś nie mam potrzeby poruszać tego tematu. Potem dołączył się do nas Estończyk. Też podróżuje sam. Więc jest nas więcej.

Jednak tego typu miejsca, jak dach – i tego typu napoje, jak alkohol – łączą ludzi. Kilka godzin rozmów, sytuacja polityczna na Ukrainie, tworzenie muzyki, kto co poleca w Barcelonie.

Bardzo miły wieczór.

Skończę ostatnie piwo i spać, bo rano pobudka. Nie lubię tego – kończyć takiego Bycianietu, bo rano trzeba wstać. Nie lubię.

A pani, która tu pracuje opowiadała jak pracowała w hostelu w Barcelonie. Inaczej, niż tu w Gironie.

– Tam wszyscy myślą tylko o jednym: party, party, party. Tu inaczej. – mówiła.

I faktycznie. Ludzie, którzy wchodzą tu na dach… rozmawiają!!! Najwyraźniej to dziwna sprawa.

I widać tylko światła samolotów schodzących do lądowania na lotnisku nieopodal.

 

SALVA
to przecież tutaj Dali
maział w oddali
to tu abstrakcje
drgały jak wibracje
żyrafy szuflady zegary komary
pająki sztylety płomienie wersety
sroki ważyły kaszkę
temu dały
tamtemu nie Dali
GIRONA

Chyba już późno, bo wyłączyli światła podświetlające katedrę. Nie wiem która jest. Budzik mnie obudzi. Jak najrzadziej budzika!

Papierosy to zło. Ale jednak papierosy też łączą ludzi.

– Do you hale a lighter? – a potem rozmowa sama się rozwija. I jak tu nie palić?

Wszyscy mają tu dobre telefony, a ja starą nokię. Oni czytają książki w kindlu, a ja mam papierowe wersje. Boże, ale jestem niedzisiejszy jakiś taki. I jeszcze Eddie Vedder na uszach.

Nie, to za dużo.

Piwo, Jack London, Eddie, Girona.

I zajebista pani obok.

To za dużo

Za dużo.

A teraz „świat nabił nas w butelkę

Za naszą poniewierkę”.

Co ja nagrałem jako soundtrack mojego trampowego tripu?!

Pod sztokfiszem.

I Dominika.

Kiedy znów ją zobaczę?

„Jeśli się do jutra będzie żyć…”

Dzisiejszy soundtrack to zapis mnie. Warto?

„Try walkin’ In my shoes”

Gdzieś straciłem kontakty, które kiedyś doceniałem, zmieniły się priorytety. […] Spotykasz kogoś przypadkiem, gadasz, wspaniale mija czas, a potem się rozstajecie i nigdy więcej się nie spotkacie. Nie trzeba znać nawet imion. Liczy się tu i teraz. Ileż to osób takich spotkałem w schroniskach i różnych miejscach całego świata? I zawsze było pięknie. –

[…]

„He died on the Road” – a obok dochodzi głos Amerykanów, tak specyficzny akcent, głęboki, indyczy wręcz.

Ubrałem polar, zimno.

A może już iść spać?

Nie.

Tu i Teraz.
Dach.
Nad Gironą.

I ta muzyka. Co też ja sobie zrobiłem?

Nie mogę oderwać uszu.

Estrella Damm wypełnia moje wnętrze.

Panie obok palą trawę.

Często tu czuć trawę w powietrzu [jest legalna czy co?]. Zjaram się oparami chyba.

„You may say i’m a dreamer,
But i’m not the only one.
I hope someday you’ll join us”.

__________

INFO PRAKTYCZNE

Prawie wszystkie miejsca Girony, które warte są zobaczenia,
dostępne są za darmo.
Polecam wejście na mury obronne, otaczające miasteczko,
bo z nich widać całą panoramę zabudowań i pobliskie góry.

Polecam także odpoczynek w ogrodach, znajdujących się za murami
(latem jednak mogą przeszkadzać komary. Warto wziąć jakiś środek anty, albo… olejek waniliowy. Sprawdziłem na sobie –
te krwiożercze kreatury nienawidzą jego zapachu.
Ja wręcz przeciwnie.)

Osoby, które lubią dzikość powinny udać się na pobliskie wzgórza.
Co prawda mało kto tam chodzi i droga jest zarośnięta,
ale odpoczynek przy kaktusach z widokiem na dostojną katedrę
i góry w tle to niezapomniane wrażenia.

CZYTAJ TAKŻE

10 miejsc, które warto zobaczyć w Gironie

Objazdówka po Europie – Girona welcome to


© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress