Na plaży do Farol da Barra przygód co niemiara

O wczorajszym dniu pisałem tutaj:

U źródeł capoeiry, a właściwie w samym epicentrum

 

Barra.
Plaża do Farol da Barra. Siedzę sobie samotnie tutaj.
Więcej o niej przeczytasz klikając w poniższy link:

Praia do Farol da Barra, Salvador, Bahia

Znów w nocy słyszałem strzały.
Takie prawdziwe, z pistoletu…

Siedzę na kamorach tuż pod latarnią morską. Z prawej zatoka de Todos Santos, z lewej ocean, otwarta przestrzeń wód Atlantyku Południowego.

Dojechanie tutaj też było przygodą. Ale może po kolei.

Rano znów obudził mnie…kogut. Luanne już nie było.

(kurde, zima w Brazi, a mi pali plecy).

Zjadłem śniadanie i popracowałem nieco. Potem pojechałem na plażę do Farol da Barra w dzielnicy Barra na południu Salvadoru. Ale autobusy z Praca da Se to nie jest taka prosta sprawa. Na przystankach nie ma żadnego rozkładu jazdy. Jak autobus przyjedzie to fajnie, a jak nie to czekasz. Dodatkowo nie zatrzymują się one na wszystkich przystankach, należy pomachać kierowcy sygnalizując mu, że chce się wsiąść do autobusu. Same oznaczenia na autobusach też niewiele mówią, za to jest widoczna wielka tarrifa 3,70r. Jeśli kierowca cię zauważy to masz szczęście, jeśli nie to dalej czekasz. Ogólnie się czeka i liczy na pomyślne wiatry. Czekałem i czekałem, a na Barrę nic nie jechało. Po 20 min. przyjechał autobus na lotnisko, a wiedziałem przecież, że jedzie przez Barrę. A przynajmniej powinien.

Wsiadłem, najwyżej wysiądę gdzieś indziej. Przygoda.

Okazało się jednak, że była to właściwa decyzja. Wysiadłem za latarnią i przed wejściem na plażę kupiłem sobie zimnego kokosa. Mmmm… zmrożona wręcz woda z prawdziwego kokosa pita przez rurkę prosto z orzecha to piękne orzeźwienie! (3 reale). A jeszcze z widokiem na palmy i Atlantyk – miażdżące doznania!

Piasek na tej plaży jest ciemny, co sprawia wrażenie, jakby był brudny, ale on po prostu ma taką barwę.

Usiadłem sobie niedaleko olbrzymiego… żółwia. Nigdy w życiu nie widziałem takiego byka! Nie podchodziłem zbyt blisko, bo nie wiedziałem co taki zwierz potrafi. Co prawda, jak mniemam, nie dogoniłby mnie, ale palucha pewnie mógłby odgryźć. Żółwie bywają nikczemne. Pewnie to tylko pozory milusiowatości, a tak naprawdę to zło wcielone czyha w tej nieczułej skorupie!
Usiadłem i obserwowałem go. Miał metr, może więcej długości. Właściwie to się nie poruszał, czasem tylko główkę zwrócił w stronę wody, jakby z tęsknotą wypatrując swojej ukochanej żółwicy, która 75 lat temu odeszła od niego. Trzy tygodnie pewnie wchodziła do wody zanim odpłynęła. Ech, w żółwim życiu pewnie nie można zerwać szybko, jak zrywa się plaster. Cierpienie się wydłuża do rozmiarów żółwiej martyrologii.
I tak sobie stał i patrzył. Wszystkich plażowiczów miał głęboko w swojej żółwiej dupie, a i plażowicze nie byli nim zainteresowani. Poza mną.
(pewnie takie żółwie to tutaj norma).

Poza tym woda fantastycznie ciepła! Aż trudno uwierzyć, że to zima. Mnóstwo jeżowców, rybek i jakichś robali na kształt… langust. Ale małych. Chyba nie pogryzą?!

Teraz siedzę pod latarnią (morską, nie dorabiam sobie na wakacje)  i chłonę chwile ulotne.

Plecory opalam. A właściwie to opalają się same. Za nimi kontynent. Głąb Ameryki Południowej. Przede mną tak na wprost to pewnie Georgia Południowa i Sandwich Południowy, a dalej na południe… Antarktyka. Ke?

Jeszcze dwa miejsca mam do odwiedzenia i to będzie wszystko tutaj w Salvadorze. Spokojnie pięć dni wystarczy na złapanie klimatu miasta. A w Rio potem mam się spotkać z Wipem i Stephanią. Miło tak mieć znajomych wszędzie na całym świecie! Napawa mnie to zawsze radością przeogromną, że kochane pyski, które poznałem onegdaj i z którymi wiąże się mnóstwo wspomnień będzie szansa raz jeszcze zobaczyć.

——–

– nie  wiem która godzina –

Pan Krab mnie odwiedził.
Krab Janusz.
Najpierw powoli się czaił, jakby chciał sprawdzić czy jest bezpiecznie, tak spod wody i zza winkla nieco.

Podszedł, machnął odnóżem, postał, poprzyglądał się temu dziwnemu długiemu chudemu zjawisku, jakim najwyraźniej byłem dla niego [ciekawy świata, skubaniec!] i poszedł precz. Może do krabicy jakiejś, z którą się umówił za trzecią skałą? Niechże sobie poużywa, a co!

Miałem ochotę pogłasiać go między oczami, ale chłopak mógłby się speszyć. A miejsca do głasiania miał dosyć.
Taki to krab Janusz…

Zawsze jak widzę kraba machającego nóżką przypomina mi się ten gif o sąsiadach. 🙂

funny-crab-glaw-hole-waving-hey-neighbors-animated-gif-pics

I wszędzie te naskalne robale langustowate. Setki.

Siedzę tylko w samych bokserkach, fale z delikatnym szumem rozbijają się o ostre skały, a lekki wiatr czuję na całym niemalże nagim ciele. Mam tylko nadzieję, że Janusz nie zrobi mi niespodzianki i moja nabiałowa wolność nie skończy się uściskiem kraba!
Karramba!

——–

-…nadal nie wiem która jest godzina. Kompletnie nie ma to żadnego znaczenia… zatraciłem się w TU zupełnie…-

Janusz wrócił i znów pomachał mi odnóżem. Myślałem, że może śmiga do jakiejś krabicy, ale okazało się, że Janusz jest… tatusiem! Albo mamusią, w sumie nie wiem. W każdym razie przyszły za nim dwa małe krabiki!
Genialny widok!
Pewnie dumny ze swoich pociech Janusz chciał się pochwalić swoimi krabiątkami temu długiemu przybyszowi z dalekiego kontynentu europejskiego. Oj, Janusz, udało Ci się! Absolutnie rozczulająca sytuacja. Krabiczątka jednak bardziej płochliwe i trzymały się dzielnie swojego tatusia (albo mamusi). Mistrzostwo!

———

-no jakoś tak później-

Siedzę pod pomnikiem Jezusa na wzniesieniu. Morro do Christo. Zbawiciel rzuca zbawczy cień. Przede mną tylko ocean z góry, a cała Brazi za mną. Taki mały Christo Redentor. Tego wielkiego, w Rio, zobaczę już za niedługo!

Samo wzniesienie z plaży nie wygląda zbyt atrakcyjnie:

Ale plaża ze wzniesienia już tak.

Więcej o tym miejscu przeczytasz tutaj:

Morro do Christo, Salvador, Bahia

Mam tu wodę i banana. Dziwne, ale banany tu są albo proste, albo bardzo małe. I książkę Paulo Coelho, bo to w końcu brazylijski pisarz. Zawsze biorę do krajów, które odwiedzam, książki ichniejszych pisarzy. Ale „Być jak płynąca rzeka” tak bardzo odrzuca! Nie da się tego czytać, pod naporem truizmów, w których chce mnie utopić autor:

„Nasze życie jest jak ołówek, albo wspinaczka pod górę” – rzecze autor.

Gdzie ta świeżość „Alchemika”, się pytam?

———–

Wróciłem do hostelu autobusem tej lepszej firmy. Nie dlatego, żem burżuj, ale dlatego, że na moje machnięcie ten się zatrzymał. 5r., a komfort nieporównywalny.

Teraz robię obiad dla Luanne i dla mnie, a potem to zobaczymy.

———-

Gdy Luane wróciła z pracy to zjedliśmy obiad i poszliśmy do naszego baru na taras. Zawsze obsługuje nas ten sam kelner Fernando. Jak byczek. Bardzo pozytywny jegomość, otwarty i zawsze uśmiechnięty.

A tam w barze meczyk Francja – Niemcy. W naszej grupie znalazło się siedmiu Francuzów, jedna Niemka, Szwajcarka i ja. Bardzo pokojowe kibicowanie przy zachodzie słońca nad Atlantykiem. Ale dziwnie tak oglądać mecz od 15:00, gdy jasno, a u nas w Polsce już dawno ciemnica.

Sen przyszedł bardzo wcześnie…

O następnym dniu przeczytasz tutaj:

Powrót na plażę i najcudniejszy zachód słońca w Brazylii


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2019: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress