Nieplanowana impreza uliczna w… faveli

O poprzednim dniu pisałem tutaj:

Miałem odpocząć i… znów to samo! GRZECHU, NIGDY NIE MÓW, ŻE ODPOCZNIESZ!!!

Lean zagadał z właścicielem hostelu, że akurat dzisiejszego wieczoru i tylko dziś jest mega impreza sambowa na ulicach w centrum Rio. Więc Klemens zamówił upery i razem z trzema Czeszkami na dwa auta tuż po 22:00 ruszyliśmy. Mieliśmy się spotkać właśnie w tamtym miejscu. Tylko gdzie było to TAM? Kompletnie nie wiedziałem gdzie mnie wywożą. Jechaliśmy wzdłuż zatoki jakieś 20 minut, po czym kierowca włączył nawigację, bo nie wiedział dokładnie gdzie to jest.

Zjechaliśmy z trzypasmówki gdzieś w boczne ulice. I nagle zrobiło się ciemno, wąskie uliczki nie miały latarni, a okolica składała się z niskich, stojących blisko siebie domków.

Cisza.

Ciemność.

– To tu? – zapytałem kierowcy.

– Nie wiem. Nawigacja wskazuje, że tutaj. – odpowiedział niepewnie patrząc w ekran urządzenia.

Jechaliśmy krętą wąską uliczką pnąc się w górę, aż nagle… dotarliśmy do ślepej uliczki. Trudno nawet było zawrócić, robił to chyba na osiem razy. Znów ruszyliśmy, nawigacja wyznaczyła inną trasę, by po chwili… znaleźć się na środku pustego placu.

– To tutaj . – krótko powiedział kierowca.

Cisza za oknem samochodu.

– Ale to miała być uliczna impreza na kilka tysięcy osób. – przypomniał Klemens.

Kierowca otworzył okno i usłyszeliśmy dźwięki samby, ale jakieś takie głuche.

– Słyszycie? – zapytał. – To tu, musicie tylko przejść przez te domki tam. – wskazał przed siebie.

Wysiedliśmy z auta i podziękowaliśmy, a on odjechał. Zostaliśmy sami pośrodku Chujwieczego, nocą, gdzieś na zadupiu Rio de Janeiro.

– Hmmm… no to idziemy. – zaproponowałem.

Szliśmy dosyć wolnym krokiem w tle gdzieś słysząc muzykę. Uliczka się skończyła i zamieniła w wydeptaną ścieżynkę między domkami. Chodzimy po czyimś podwórku, czy co? Okrutna cisza, w której nawet psy nie szczekają. Cisza przed burzą? A nie, to tylko favela.

Jesteśmy w faveli? Momentalnie zdębiałem. Nie dość, że byliśmy w jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Rio to jeszcze sami, nocą, z pieniędzmi w kieszeniach. Spoko, panowie, Nobel z rozsądku się należy.

No nic, teraz już za późno. Idziemy przed siebie w stronę muzyki. Może nas nikt nie zaciuka!?

Droga prowadziła między wąskimi domkami, ale nie było żywej duszy. Bo czy martwej to nie wiem. W każdym razie jeszcze nie martwej. Na murach rzędami były naklejone plakaty z napisem „No inferno”, które  później też widywałem w innych miejscach Rio.

Chyba mieliśmy szczęście, bo okazało się, że cała favela jest na tej imprezie. Po chwili doszliśmy do niesamowitej skały wtopionej między domy [a może domy wbudowane w skały?], a na nich siedziało kilkaset osób, pijąc piwo z plastikowych kubków. Tuż u podnóża skały stało kilka tysięcy bujających w rytm samby ludzi, ściśnięci jak w miejskim PKS-ie.

– No tak, musimy tu gdzieś znaleźć dziewczyny. – westchnął Klemens bezradnie rozglądając się dokoła.

– Ja wiem co nam pomoże ich szukać! – wyskoczyłem z ideą z gatunku tych, co to niepodważalne w danej chwili są. – W Polsce jest taka zasada, że jak szukasz znajomych to wystarczy kupić piwo i nagle twoi znajomi w dziwnych okolicznościach sami się pojawiają.

Zasadę tą znali najwyraźniej także moi towarzysze, bo zgodzili się ze mną od razu.

Przeciskając się przez tłum siedzący na stromej skale zeszliśmy pod sklepik. A tam ogromnie długa kolejka. Za czym ta kolejka stoi? Za piwem, za piwem, za piwem. To stanęliśmy i my. Gwar miesza się z dźwiękami samby. Kolejka powoli się rusza. Po 10 minutach – jako ten najwyższy z wszystkich – patrzę, a kolejka wewnątrz sklepu odbija po schodach do góry, a nie w lewo do lady.

– Za czym stoicie? – pytam lokatą dziewczynę przede mną.

– Do toalety. Tam jest na górze. – pokazuje palcem. – Jak chcecie piwo to przejdźcie tam w lewo.

Przepuszcza nas, a my po chwili dochodzimy do lady. Stając na wyżynach mojej znajomości portugalskiego w tymże języku zwracam się do pani ekspedientki:

– Tres grandes cervejas, por favor.- mówię dosyć pewny siebie.

Bez problemu udało się zakupić piwko, ale niespodzianką był fakt, że “grandes cervejas” mają pojemność 1 litra [12 reali]. Czyli że na serio są grandes!
No to teraz Czeszki na pewno się znajdą.

I faktycznie, po zrobieniu kilku łyków Klemens dojrzał Zuzane, Eliske i Anezke (piwna telepatia jednak istnieje na całym świecie!).
Przecisnęliśmy się przez tłum do dziewczyn.

– No, już myślałam, że się nie znajdziemy – krzyknęła radośnie Anezka.

Podeszliśmy do grającego zespołu, otoczonego pierścieniami gibiących się niczym w zwolnionym tempie ludzików. Zespołem była grupa kilku ciemnoskórych mężczyzn, którzy po prostu sobie grali właściwie chyba bardziej dla siebie, niż dla innych. Gdy skończyło się piwo poszedłem po capirinhe dla siebie i dziewczyn.

–  Wy też chcecie? – zapytałem chłopaków.

– Nie, kupimy sobie ciastko z trawą.

– To tu legalne?

– No pewnie.

– Aha, to powodzenia.

Chłopaki poszli po nabijane zieleniną wypieki, a mnie przypiliła potrzeba. Ale ta kolejka to jakiś absurd! Nie będę stał pół godziny, aby uczynić jedyneczkę. Przecisnąłem się więc między ludźmi do sąsiedniej, bocznej uliczki. Nie było tam nikogo, tylko dwa kontenery na śmieci. Podszedłem do nich, by załatwić swoją potrzebę. A tu nagle z tyłu słyszę jakiegoś typa, który wydziera się na mnie za moimi plecami. Myślę: leję komuś na prywatny teren? Odwracam się, a to jakiś czarnoskóry niski jegomość w dredach stoi ze dwa metry ode mnie z nożem w ręku i coś wrzeszczy. Przestraszyłem się totalnie! Od razu miałem flashbacki napadu, gdy tulipanem zrobionym z butelki po piwie wybili mi zęby, omal nie pozbawiając życia. Kurwa, znów to samo! Serce zaczęło mi napierdalać coraz szybciej i mocniej. Ja pierdolę, kurwa! Zajebiście mądrze zrobiłeś w faveli odchodząc od tłumu ludzi sam na bok, debilu głupi! Stałem jak wryty naprzeciw tego typa, a on się wydzierał, machając nożem. Był pijany, albo naćpany, bo chwiał się na tych swoich chudych szkitkach. I drze mordę.
– Stary, ni chuja cię nie rozumiem! – krzyknąłem w jego stronę po polsku. – Więc odpierdol się z tym nożem! – ot, rozmowny się zrobiłem w takiej sytuacji. Typ wyginał się nienaturalnie, machając lśniącym ostrzem. Jak w filmach – przemknęło mi przez myśl.
Nie, kurwa, nie tym razem! – usłyszałem głos w sobie. Pamiętam tylko, że zagryzłem zęby, gdy typ kierując nóż z stronę mojego brzucha ruszył na mnie. Wszystko trwało cholernie szybko. Gdy koleś wziął zamach, by mnie dźgnąć, odruchowo odskoczyłem na bok i pierdolnąłem mu z pięści w ryja. Typ się przewrócił na bruk niedaleko miejsca, gdzie sikałem. Dobrze ci tak, gnoju! Rzuciłem w jego stronę stekiem bluzgów i zacząłem spieprzać co sił w nogach. Dobiegłem do tłumu ludzi i stanąłem niedaleko stoisk z jedzeniem. Serce powoli wracało do zwykłego rytmu bicia. Ja pierdolę, co to było! Niepewnie się rozglądałem czy typ nie wraca, ale przyznam szczerze, że chyba nawet bym go nie poznał.
– Kretyn! – powiedziałem na głos bardziej mając na myśli siebie, niż jego.

Odnaleźli się moi znajomi. Wyroby cukiernicze najwyraźniej już zjedli. Ja ciśnienie miałem nadal wysokie! Nie powiedziałem im co się stało, sam w sumie nie wiem dlaczego. Po jakimś czasie stania w ciasnym tłumie i słuchania samby stwierdziliśmy, że trzeba się stąd ewakuować.
– Skąd ja wiedziałem jak się zachować? – próbowałem analizować to, co się wydarzyło.

Pojechaliśmy do dzielnicy Laba, ale było już tak późno, że zamykali kluby. Chodziliśmy chwilę po ulicy, szukając czegoś otwartego.

– O tam jeszcze ktoś tańczy – wskazałem na drugą stronę, gdzie w barze z otwartymi ścianami bawili się ludzie. Nie myśleć już o tym, zająć czymś myśli!
Poszliśmy zatem.

Chciałem zamówić capirinhę, ale okazało się, że kosztuje 24 reale. Więc poniechałem. Ale taniec z Czeszkami przemienił się w taniec z Brazylijkami. Oj, jak bardzo potrzebowałem teraz czegoś takiego! To jednak prawda, że taniec ma niesamowitą moc uzdrawiania! Kobiety także! To było tak oczyszczające, że zupełnie zapomniałem o tym, co mnie spotkało.

Gdy poszedłem do toalety podszedł do mnie jakiś facet:

– Hey, men. I thought you are very peacefull, but you are fucking dance machine! – poklepał mnie po ramieniu i poszedł. No spoko. Lew parkietu dosłownie. Kto mnie zna ten wie.

Do hostelu wróciliśmy po 4 jakoś.

Bęc.

Refleksje o tym, że po raz kolejny mogło mnie nie być przyszły dopiero potem…
Do dziś nie wiem w której faveli to wszystko się wydarzyło.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2019: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress