Odbiła mi Palma de Mallorca

Dzień 9

Grzegorzu, Grzegorzu!

Ty jeszcze się nie nauczyłeś, że nie ma sensu mówić na tego typu tripach: „Pójdę spać, odpocznę, wyśpię się”!? Przyjąłeś to jako pewnik, a tu dupa.

Gdy wróciłem do hostelu grzecznie się przebrałem i zszedłem do livingroomu, by skorzystać z neta. Chciałem sprawdzić czy są zmiany w lotach. I to był błąd, bo neta nie było, ale było coś innego. Piwo. W trakcie picia poznałem Paryżanina z łóżka obok mnie. Mały, szczupły sucharek z kapelutkiem na bok, o dziwo mówiący po angielsku, choć z tym specyficznym francuskim akcentem. I tak najbardziej podoba mi się, gdy Włosi mówią po angielsku, ten ich akcent i dodawanie na końcu wyrazów kończących się spółgłoską literki „a”: „I was derr-a”, „I saw that-a” itp.

Trochę porozmawialiśmy i poszliśmy do parku znajdującego się niedaleko, by zapalić. Gadaliśmy głównie o moich planach dotyczących Paryża, on opowiadał co najlepiej zobaczyć [katakumby], a potem zeszło na standardowe tematy o wszystkim i niczym. Siedzi na Majorce od kilku dni i planuje tu jeszcze zostać.

Palma de Mallorca– Nigdy nie poznasz tak naprawdę ludzi, którzy żyją w jakimś miejscu w ciągu jednego dnia. Musisz trochę tak jakby zamieszkać z nimi – stwierdził.

Co prawda to prawda, ale nie zawsze jest czas na wielodniowe mieszkanie z ludźmi.

Potem poszło kolejne piwo. Czułem gdzieś w Grzesiu, że będzie za dużo, więc po angielsku się ulotniłem.

A w pokoju na pryczach obok dwie Włoszki. Dłuuuuuuugo gadaliśmy. 18latki przyjechały na wycieczkę pozwiedzać Majorkę. Świeże młódki. Nie uwierzyły oczywiście, że jestem nauczycielem i nie wierzyły, że mam 32 lata.

– You look younger – taka była pointa.

No to tylko miłe takie.

A poranek znów z ciężką głową.

Spakowałem się i zrobiłem check out. Chwilę pospacerowałem, ale kroki swe skierowałem – a jakże! – na plażę. Tym razem dalej, niż wczoraj. Deos gratias, jakże cudowna woda! Od razu minęły mi wszelkie dolegliwości. Wróciłem na ręcznik i włączyłem sobie audiobooka „Całą jaskrawość” Stachury. Zdecydowanie wolę papier w ręku, niż taką opcję, ale przesłuchałem osiem plików [na plecach i brzuchu] i tym samym była to pierwsza moja książka, której aż tyle przesłuchałem. Wcześniej w ogóle nie było o tym mowy, bym słuchał książek. Nawet tu mam ze sobą trzy papierowe. I ten zeszyt. Ale gdy się tak nic nie robi to można. To tak, jakby ojciec czytał dziecku bajkę. A że nigdy nie miałem ojca… i tak leżałem słuchawszy Steda i oglądawszy życie na plaży.

Z lewej rozbiła się parka, on ciemny, zarośnięty, wymuskany, ona ciemna, długowłosa, piękna. Po chwili już topless. Ładny obrazek. Gdzieś w dali inne ładne cycki. Tak wygląda raj? Kyrieeleison! Nie! Po prawej dwa mięsne jeże z piersiami do kolan, że gdyby nie stanik to mogłyby sobie przydeptać! Ale staników nie miały.

Nie patrzeć w prawo.

Nie patrzeć w prawo.

Zerkać w lewo.

Ale ale – nikt tu nie zwraca na to uwagi. Dwa cuda natury ładnie zerkają na świat przez oczy brodawek, a nikt tego nie docenia. Prócz mnie. Dla nich to naturalne. Matka topless rozmawia z dzieckiem, jakby była kompletnie ubrana. Normalność. Naturalność bardziej. I ja to rozumiem. Dlaczego w Polszy to nie może być tak naturalne, jak fakt, że faceci chodzą bez koszulek. A niby Polki takie wyzwolone. Niech przylecą tu nauczyć się swobody, bycia sobą, wygody. Patriarchalizm pieprzony! A właściwie to dlaczego w rzekomo patriarchalnym świecie każą skrywać pod groźbą mandatów to, co dla każdego faceta najpiękniejsze? Czyż faceci, rządzący rzekomo światem nie powinni właśnie do tego dążyć, by uwolnić cycki z homont staników? I skoro kobiety takie wyzwolone niech to udowodnią! Wszystko sprowadza się do jednego – POKAŻ CYCKI! Świat od razu byłby piękniejszy. Nie byłoby wojen, ludzie szanowaliby siebie nawzajem, szanowali i adorowali kobiety, zmieniłyby się myśli facetów, którzy przestaliby traktować kobiety jak obiekt do zerżnięcia robiąc wszystko, by ściągnąć z nich staniki, bo po prostu staników by nie noszono na plażach itp. – wszystko to, gdyby tylko cycki pokazywane były światu. Bo i dlaczego nie? Skoro faceci pokazują klaty, niech i kobiety pokażą torsy swe! Niech nie chowają tego, co mają najpiękniejszego!

Uwolnić Elbrus każdej kobiety!

Odrzucić homonta staników! – powiadam.

Oto rewolucja, która naprawi świat! 🙂

Rozmyślania o cyckowej pacyfikacji świata przerwało mi buczenie statku. Olbrzym pasażerski majestatycznie wypływał z portu i dostojnie wcinał się w morze.

Po trzech godzinach smażingu zrobiło mi się niezwykle gorąco. To ten czas, gdy słonko jest najwyżej i pali niemiłosiernie. Najwyraźniej nie przeszkadza ono Murzynom, którzy handlują tu wszystkim. Są tak natrętni, że podszedł do mnie jeden i pyta:

– Do you need sunglasses?

Spojrzałem na niego zza swoich i wskazałem na nie bez słowa. Odszedł. Albo oferują warkoczyki, imiona, łańcuszki, kapelutki, torebki, paski, znaczki miast i inne pierdołowate suweniry. To zadziwiające, że w każdym większym mieście, w którym byłem na zachód od Niemiec, jest ich pełno. Tu też ich dużo. To kto został w Afryce? To wcale nie wygląda jak extasy emotion – that’s Mallorca.

Było zbyt gorąco, więc wróciłem pod katedrę, by usiąść w cieniu na ławce. Bardzo ciekawe osobniki mnie mijają. Lubię obserwować ludzi. Lubię jak to wszystko toczy się swoim rytmem. Obserwując ten tłum dostrzegłem pewne zasady pozowania do zdjęć. Większość kobiet pozuje bardzo podobnie. Gdy tylko facet podniesie ręce z aparatem automatycznie, jak na zawołanie pojawiają się 4 rzeczy:

  1. odgarnięcie i poprawienie włosów
  2. wyszczerbione w przesadnym rozwarciu ust uzębienie
  3. główka przechylona w lewo lub prawo
  4. podparcie się dłonią o pas.

Niektóre jeszcze wypinają pupę lub/i robią usteczka [chociaż częściej usteczka występują w zdjęciach typu „selfie”]. A potem facebook pęka w szwach przez ilość niezwykle podobnych zdjęć: „Takie tam na Mallorce”, „Ja na plaży”, jakby oglądający nie poznał, że to jest plaża.

Niedaleko mnie siedzi Charlie Chaplin, którego atakują małe Murzyniątka tych Bigmamas sprzedających błyskotki i warkoczyki. Charlie nie wychodzi z roli i ciągle się uśmiecha. Szacun.

„Nie ważna jest cena

W momentach uniesienia”

BLADE LOKI

Palma de MallorcaJest właściwie. Tak

Trochę się włóczyłem, wysłałem kartki, a teraz siedzę w restauracyjce i będę jadł. Włoskie żarcie [uwielbiam!] i lampka czerwonego wina. Potem chwilę odpocznę i na plażę znów. Słońce, mam nadzieję, będzie słabsze. A potem przeschnę i na lotnisko. Tam przepak i nocka gdzieś przespana w spokojnym ubocznym miejscu terminala na ziemi.

Kimnąłem się godzinę na ławce pod katedrą. Lecę na plażę, by zdążyć wyschnąć potem.

Po 22.oo

Już jestem na lotnisku. Nie wiem o której odchodzi ostatni autobus na lotnisko. Na rozkładzie było napisane, że o 22.oo, a następny o szóstej. Nie chce mi się wierzyć, że na takich lotniskach tak rzadko kursowałyby autobusy, nawet nocą, ale wolę nie ryzykować.

Zjadłem już kolację.

Rozłożyłem się przed wejściem na terminal z bagietą, tuńczykiem, sosem barbeque i pomarańczą. Po kolacji wziąłem magnez, Wit. C, calcium i potas. Chociaż w ten sposób uzupełnię to, co wypłukały płyny przyintegracyjne. Na przetrwanie do rana mam część bagietki, oliwki i sos. Dam radę!

Spiekło mnie trochę. Jak bardzo – zauważyłem dopiero, gdy przebierałem się w lotniskowej toalecie. Całkiem nagi na lotnisku to ja nigdy nie byłem. I jestem cały brązowy. A nie jestem nawet w połowie mojego tripu. 7h do aeroplanu. Mam nadzieję, że uda mi się kimnąć choć trochę, gdzieś na jakiejś ławce na uboczu.

Kończę już czytać „Rozmowy z Bogiem” i „Na szlaku”. Został mi jeszcze Gombro. I ten zeszyt.

Ciało mi faluje, gdy siedzę bez ruchu. Jak po zejściu z łajby na Mazurach. Tak samo tutaj – po tym dzisiejszym rzucaniu się na fale. A jaka ciepła woda! Aż się nie chciało wychodzić!

Wrócę kiedyś na Mallorcę!

« (Previous Post)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2020: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress