Nie chcę opuszczać Porto

Dzień 14

Sagres cerveja. Widok na Pont Louis I. Tym razem drugi brzeg. Albo pierwszy, licząc od starego miasta.

Wczorajszy wieczór znów z winkiem na patio [patio?].

Dziś sen możliwie jak najdłużej. Potem pack, oddanie pryczy i na miasto. Tym razem stadion de Dragao. Stacja metra [tym razem faktycznie pod ziemią] tuż przy nim. Też robi wrażenie, choć na tour się spóźniłem. Ale historia FC Porto niekoniecznie mnie pociąga. O jeden dzień także spóźniłem się na mecz, bo wczoraj grali chłopaki towarzyski mecz. Za 15e bilet wstępu. Pooglądałbym sobie. Ale niestety, nie tym razem.

5. porto (36)Stamtąd do Casa de Musica i piechotą przez pozostałą część Porto, w tym Crystal Palace, który… najwyraźniej lata świetności ma za sobą i od dawna jest zamknięty. Niszczeje. Być może kiedyś tętnił życiem, kiedy na koncerty zjeżdżało tu do 10 tys. osób. Teraz niekoniecznie warty zobaczenia. Ale zdecydowanie warto posiedzieć za nim, na skarpie nadrzecznej, skąd między palmami rozpościera się piękny widok na Douro i winnice. Potem wzdłuż rzeki spacerkiem i tak oto teraz będę jadł sop de dia [zazwyczaj jest to zupa warzywna na kapuście] i typową portugalską potrawę [czymkolwiek ona jest, ale spróbować trzeba. Nawet na ślepo].

Miłe zaskoczenie: przed jedzonkiem podano mi aperitif: grzanki i bułkę + pasta z ryby, pasta z fasoli i czegoś tam i kawałki ośmiornicy i innego morskiego mięska z fasolą. Aż chyba zostanę tu na piwo.

Zupą dnia okazała się być faktycznie ta typowa z kapustą. Prawie jak nasz kapuśniak, jeno nie kwaśny.

Jakiś grajek ulokował się z harmoszką obok mnie. Co on myśli, że jest na Pradze przed wojną? Nie mam miotły…

Typowa potrawa portugalska wygląda mi na potrawę biedaków, jak nasz bigos onegdaj czy włoska pizza, czyli to, co masz – wrzucasz do jednego gara i mieszasz razem. W tym przypadku biała fasola, kilka rodzajów mięs, większość to tłuste skrawki, jak z golonki, kawałki skóry, boczek, kiełbasa ta paprykowa, marchew, a do tego ryż. Dużo. Nie zjadłem wszystkiego.

Grajek zniknął. To dobrze, nie lubię jak mi się narzuca dźwięki. Naprzeciw mnie natomiast zgromadziło się kilku młodych, którzy z gołymi dupami skaczą przy moście do rzeki. Jacyś miejscowi rozrywkowi, mają może 8-12 lat. Większość jest napakowana. Dziwnie to wygląda u takich młodych, tak… karykaturalnie i groteskowo. W ogóle przechodząc przez te wszystkie biedne dzielnice (w Porto inaczej się nie da) wszyscy gówniarze grają w piłkę. Legenda Ronaldo chyba działa. Budynki postawione są w większości na zboczach, ciasne uliczki, mnóstwo schodów, a oni między nimi sobie grają. Ciekawe kto leci po piłkę jak im spadnie. Bo wydaje mi się, że jak już spadnie to nachylenie jest takie, że leci aż na brzeg rzeki. Może dlatego oni tak dobrze biegają na płaskim boisku – bo od dziecka trenują na pochyłym?

Kolejny grajek. Tym razem gitara. Z gotowym podkładem. I ludzie – z prawa do lewa, z lewa do prawa. I mewy. Wszędzie mewy. Zew wolności.

Kolejne homospostrzeżenia [materiał badawczy jest to nad wyraz obfity]: zauważyłem , że w związkach homo najczęściej jest ktoś, kto gra rolę „jej” [smukła, delikatna, najczęściej ładna lesbijka i zniewieściały, delikatny, zmanierowany fiflok] i „jego” [krótko ścięta lub częściowo wygolona chłopczyca, ta bez piersi lub ta korpulentnych rozmiarów i facet, typowo męski, silny, zarośnięty]. Różnica jest taka, że u lesbijek to ta męska troszczy się o tę ładną, w sensie ją ochrania, broni, a u facetów zmanierowany dba o męskiego, ale go nie broni, z oczywistych względów. A ten najczęściej ma wyjebane. Tyleż wywnioskowałem obserwując przez te dwa tygodnie homo pary tutaj i… pary u nas. A ile w tym prawdy? Nie wiem.

Brzuszek zadowolony.

Inny grajek – tym razem ukulele. Może trafi się jakiś Eddie Vedder?

Miło jak zawieje od rzeki

Czy jestem w stanie wypisać WSZYSTKIE miejsca, w których kiedyś byłem w życiu?

19:30

Jestem po prawie godzinnym rejsie łajbą po Douro szlakiem 6-ciu mostów. wysokie. Robią wrażenie, łącząc skaliste brzegi, choć konstrukcja ich różną jest. Gdy tak przepływam pod nimi, głowę zadzierając do góry, a słońce zachodzące w oddali jednak jeszcze razi, odczuwam niesamowitą potęgę Boga, gaszącego słońce w wodach oceanu, a z drugiej strony potęgę umysłu człowieka, który był w stanie zaprojektować takie budowle.
5. porto (32)

Pomyślałem, by jechać na lotnisko, ale co ja tam będę robił tak wcześnie? Więc piję piwo nad brzegiem rzeki.
Na lotnisku jeszcze nie, jeszcze Bar Buraquinho…

Ludzie zapatrzeni w telefony i tablety. Siedzą obok siebie przy jednym stoliku i przesuwają paluszkami po ekranikach. Po co rozmawiać z żywą osobą, skoro można pofejsbukować? Po co się rozejrzeć wokół, by docenić to piękno żywe, życiem swym pulsujące, skoro można to samo wygooglować?

Smutne.

Piwo, Porto i Gombrowicz. „Kosmos”. Typowy Gombro. Taki, jak lubię.

„Dzienniki” po powrocie po raz kolejny? Czy ten stos piętrzących się pod oknem do czytania ksiąg czekających?

Co tam skoki z brzegu do wody? Skoki z Pont Louis I do rzeki – to jest coś!

Widowiskowe, przyznam.

I nielegalne.

A jeśli nielegalne to pewnie lepiej smakuje. A na pewno lepiej wygląda. Jak ja na bungy wtedy w Zakopanem. Skoczyłem! Naprawdę skoczyłem! Chyba otuchy dodał mi fakt, że B. bał się tak, że fizycznie trzęsły mu się nogi [i Bóg jeden jedyny wie co jeszcze!]. Śmieszne to było. Tak, to chyba mi pomogło. A potem się bałem, już w koszu na górze, że nie skoczy i pociągnę go za sobą i któryś z nas łeb sobie rozwali o koszyk, z którego skakaliśmy. Więc złapać go za uprząż na plecach tak musiałem, by się nie wymknął i poleciał ze mną, a nie za mną. Najtrudniejsza chwila przełamania siebie. Odliczanie się przedłuża, czas się rozciąga [a wena jest…? Nie było weny, ale skoczyć trzeba było]. Na bezdechu. On wczepiony we mnie, bezwładnie, jak kamień z mostu. I hyc o podłogę. Tylko, że bez podłogi. I bez kleksa. Ten dmuchaniec na dole to ściema. To dla komfortu psychicznego bardziej. Nie zdołałby nas uratować, gdyby Gruba Berta pękła. Z góry wyglądał jak mały punkcik. Ale lina nie pękła. Nic nas ratować nie musiało. Szarpnięcie i sprężysty powrót do góry. A potem znowu. I już.

A do rzeki? Z mostu? Jak na blachę to klops. Nie wiem jaką wysokość ma Pont Louis. Bo oni z tej dolnej kondygnacji. My z 90m. I lina. Oni bez liny.
5. porto (41)

Gaddemyt, teraz jakiś sędziwy jegomość na dmuchanym keyboardzie, w sensie takich organkach, tylko trzeba dmuchać, by dźwięk się wydobywał. Może ja przyciągam świrów?

Ekipa z knajpy podgłośniła muzykę. Reggae. Dlaczego reggae? Szmege rege. Słowotok mi się włączył. A to przecież zaledwie nikła dwurozdziałowa dawka Gombrowicza była.

Hmmm…

Dmuchacz nie daje za wygraną. Dmie w ten keyboard, aż polyky mu puchną. Niczym Armstrong w trąbkę. A oni go w trąbkę robią, bo wciąż reggae bardzo głośno. Polyky mu eksplodują.

Jak wczoraj ta muzyka. Byłem po drugiej stronie Douro. Tam karuzela. Kolory-srory, koniki, żyrafy, wszystko się kręci, bez bryk sześciokonnych. I nagle miast wesołej karuzelskiej muzyczki [takiej co to zawsze leci w tle, gdy przerażający clown pojawia się w horrorach] reggae z głośników z tekstem:

„I smoke weed everyday, oh yeah!” – a dzieci się kręcą. Wkręcą się. Choć jeszcze nie znają pewnie angielskiego. Ale oni trawę tu tak. Czuć co jakiś czas w powietrzu. Niby nie jest legalna, ale policja nie reaguje. Jak w Hiszpie. Narkomany jedne, wąchają marihuaninę! Na co to komu potrzebne?

Marihuanina może nie jest potrzebna, ale jedzenie tak. Chyba się zmakdonaldyzuję na lotnisku. Portugalskiego jeszcze nie próbowałem. Ach, żałuję, że w USA nie spróbowałem. Ale nie było kiedy. Za to jadłem ichniejsze hamburgery-potwory. Wersja XXXL. Dobre, ale nie do zjedzenia w całości. Ogrom.

Dmuchacz włączył sobie podkład. Rege miesza się z tangiem wydmuchiwanym mocą płuc dmuchacza.

Przez cały pobyt w Porto nikogo nie poznałem. Zdawkowe rozmowy zaledwie, nic konkretnego.

Odpoczynek. Chill.

Ale jutro mam się z moimi Austriakami spotkać w Lizbie [to brzmi jak wyzwisko kobiety o orientacji homoseksualnej :p Bo Liz-bona to jak „królowa LIZbijek” 😛 ].
Cieszę się, bo to ryjce kochane takie całe te 🙂

Dmuchacz wygina się i podryguje, dodając ruchy sceniczne. Obok niego usiadł znacznie trącony rydwanem czasu dżentelmen i klaszcze – jak mu się zapewne wydaje – do rytmu. Co trochę przytupuje sobie prawą nóżętą swą. Geriatryczna impreza Porto 2014.

No nie mogę, gra teraz coś, co myślałem, że jest tylko polskie:

„Teraz jest wojna, kto handluje ten żyje,

Jak sprzedam rąbankę, Słoninę kaszankę, To bimbru się też napiję.”.

Myślałem, ze to polska piosenka. A pan nie wygląda na Polaka.

Podróże kształcą.

Zamówiłem kolejne. Lepiej będzie mi się spało na tej lotniskowej ziemi. A może po prostu nie chcę stąd jechać? Lubię Porto. Porto na „tak”. Jeszcze parę miast przede mną. I do pracy. [sic!]

Pan przyniósł drugie piwo ze słowami: „Enjoy your life!” – no i jak tu nie endżojować?

5. porto (28)

Dmuchacz włączył teraz podkład disco, disco portugolo. To będzie interesujące.

To chyba „Marina”. Choć „Marina” też nie portugalska. Światowiec jaki?

„Perhapiness” – taki napis w toalecie tu.

Jak to jest?

Matka tuli i głaszcze synka, czule go całuje, to wychodzi na troskliwą matkę. To samo robi ojciec córce – czule ją całuje i głaszcze, tuli do torsu i od razu uruchamiają się jakieś dziwne konotacje pedofilskie. Precz! To miłość ojcowska. Podobno takie się zdarzają, nie wiem. Ale dlaczego nie? Jak bardzo faceci są na cenzurowanym, skoro bardziej czuły kontakt matki z dzieckiem jest ok., ale ojca z pociechą już uruchamia brudne skojarzenia?

5. porto (30)

Lotnisko.

Dochodzi północ.

Puste lotniska są dziwne. Trochę przerażające. Jak puste toalety na nich. Wyobraźnia wychowana na horrorach ponapadowa działać zaczyna!

Ale ale – kontaktowałem się z moimi Austriakami. Są w moim hostelu, w którym i ja mam spać, więc tam się spotkamy [dałem wcześniej Verenie namiary]. I razem dzionek, a potem oni do Porto. Taka wymiana.

Kurde, cieszę się, że ich zobaczę! 🙂

 

INFO PRAKTYCZNE

CENY

stadion de Dragao
tour – 8e

tour + muzeum – 15e

bilet na mecz – 15- 40e

godzinny rejs łajbą po rzece Duoro – 10e

portugalska zupa z kapusty – 3e

« (Previous Post)
(Next Post) »


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2020: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress