Ostatni dzień w Buenos

Poszperałem trochę w necie i udało mi się znaleźć całkiem tani nocleg w Montevideo. Jutro przypłyniemy do Urugwaju. Cieszę się, że oto wpłynę, a nie wjadę do tego kraju.

Ostatni wieczór w Buenos…

Oni leżą sobie w pokoju, ja siedzę na dole i piję herbatę. Lubię to ciepło w sobie. W powietrzu unosi się smród dymu papierosowego. Artyzm wydmuchany? Z Gombrowiczem nadal zwiedzam argentyńskie knajpki.

Dziś poszliśmy na Florida av. i okazało się, że jest tam Dzień Columbii. [Shakira!!!] Na ulicach mnóstwo ludzi, wciąż uprawiany zawód czyścibuta, a do tego mnóstwo brudnych dzieci i facetów krzyczących „Cambio!”, czyli zachęcających do wymiany walut.
Niestety, nie było mojej bogini, ale za to były budy z kolumbijskim street foodem [placek z mięsem – tak!], kolorowe korowody, tańce na scenie i różnego rodzaju występy.

 

Potem się rozdzieliliśmy.

Wróciłem do San Telmo, bo chciałem połazić po bazarach i placach z antykami. Rzeczywiście, w San Telmo jest tego trochę… To niesamowite co ludzie sprzedają! I niesamowite, że ktoś to kupuje!! Lalki bez rąk, stare prywatne fotografie, kubki, winyle, zegary, które nie działają, klamerki – absolutnie wszystko.

Znów kupiłem kilka suwenirów dla znajomych. Jakoś tak mam, że wciąż [naiwnie?] lubię przywieźć najbliższym mi ludziom drobnostkę z wypadu. Całe szczęście są tacy, którzy to jeszcze doceniają.

Wstąpiłem na chwilę do La Poesia, a potem do hostelu zjeść lunch z wczoraj. Cassi i Baiano już byli. Teraz śpią, choć o szóstej rano pobudka. Musimy pójść na av. Pedro de Mendosa, bo z doku Darsena Sur odpływamy do Urugwaju. Gombrowicz przypłynął do Argentyny, ja z niej odpływam.

– „Widzisz? Taka jest Argentyna…”

A ja?
Jak tu wyrobić w sobie umiejętność (bo chyba umiejętnością to nazwać trzeba) nie-myślenia, nie-rozważania, nie-analizowania, przyjmowania rzeczy i zachowań ludzi takimi, jakimi są.
I wyciągać wnioski, wraz z umiejętnością ich zastosowania.
I pozbyć się mediów społecznościowych. A przynajmniej korzystać z nich sporadycznie. Mieć wokół siebie niewielką grupę sprawdzonych osób, niekoniecznie zamkniętą na innych. Samemu też się nie zamykać. Dawać jedną szansę, gdy ktoś coś zjebie, ale nie więcej. Bez możliwości powrotów. „Jeśli zwątpisz choć jeden raz, to choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę – powrotów nie będzie”.
Kiedyś mnie zapytał:
– To co, nie walczyłbyś o mnie?
– Raz, ale nie kolejny. – odpowiedziałem.
Walczyć o przyjaciół? O fałszywych nie warto, o prawdziwych nie trzeba. To takie proste. Wciąż.
I przejmować się nie warto.
Bo przecież boli mnie nie czyjeś zachowanie, a moje wyobrażenie o tym zachowaniu, tudzież zawód spowodowany oczekiwaniami. Znów te oczekiwania!
Ale… jak tu nie oczekiwać? Nie nastawiać się? Nie tworzyć w głowie scenariuszy lub opcji zachowania się przez kogoś względem mnie?
Jednak z drugiej strony nie oczekując od przyjaciela szczerości i lojalności – czy można być pewnym drugiego człowieka? Chyba nigdy nie można. A zawsze myślałem, że tak, że szczerość i lojalność w przyjaźni to podstawa.
Wróć – nadal tak myślę…

…że też chce mi się to teraz analizować za oceanem, w ostatni dzień w Buenos…
A miało być tak spokojnie.
Właściwie było. Ekwadorczycy kupili na pożegnanie to alko z marakui, przy którym się poznaliśmy. Miło z ich strony. I po sześciu dniach dowiedziałem się, że ten koleś, którego imienia wciąż nie umiem zapamiętać, jest gejem.
Taka sytuacja.

Zostawiam tu w Buenos swój tomik wierszy z adresem mailowym. Chciałem w La Poesia, ale tam – o dziwo – nie mieli książek.
O proszę – i znów oczekiwałem czegoś…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2019: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress