Ostatni dzień w Rio de Janeiro

Poprzedni wpis z bloga tu:

Ech, to Rio.
Olbrzymie i odpychające, a jednocześnie tajemniczo kuszące.
Dziś dzień leniwy raczej, przyziemny.
Co trochę są takie dni.

Rankiem popracowałem w hostelu. Trochę zaległości się zebrało.
Potem poszedłem odebrać pranie, które wczoraj zaniosłem do ulicznej pralni (15,50r za kg). Fajnie znów chodzić w świeżym i pachnącym.

Siedzę na plaży w dzielnicy Flamingo. Jest bardzo przyjemnie. Wieje delikatny wiatr. Wiater wiał, kokosy pachły, ona mnie nie odepchła. Spędziliśmy wczoraj ze sobą prawie cały dzień.
Gadając.
Jedząc lody.
Pijąc piwo.
Włócząc się po Rio de Janeiro…

Jak to się stało, że spotkałem się w Rio z Alex, którą poznałem w Salvadorze?
Cóż, znała moje plany na kolejną destynację i napisała:

– Zgadnij gdzie jestem?
Hmmm… no ciekawe.
– W Rio? – zapytałem.
– Tak! Już wyjechałam z Salvadoru. Spotkamy się?

Dzień później ponownie spędzaliśmy ze sobą czas. Tym razem w Rio. Ten świat chyba naprawdę jest jakiś… mały.
Pięknie!

Przyjechała specjalnie po mnie do hostelu. Miłe to takie było…
To takie proste jest wciąż.
Za każdym razem się o tym  przekonuję – i za każdym razem okazuje się, że ta prostota dla niektórych jest za trudna. Znajomość zawsze działa w dwie strony. Mogła przylecieć aż z Salvadoru do Rio, by się z Grzesiem spotkać, więc dlaczego niektórzy udają, że z Otmętu za daleko do Krapkowic, bo niby zapracowani? Eeee… Jednostronne znajomości o hajziel rozczaskać normalnie. Po powrocie zrezygnować z takich znajomości, które tylko ja podtrzymuję. Ludzie są tacy zdziwieni, gdy zaczynasz ich traktować tak, jak oni ciebie…
Postanowione!

Absolutnie piękny w swojej prostocie dzień spędzony razem.
Ona po prostu tam była.
Ze mną.
A ja z nią.
Po prostu…

Udało mi się zrobić odprawę w Avianca i niestety nie spotkałem się z Wipem i Stephanie. Szkoda…
Będę musiał ich odwiedzić w Belgii, jak już zjadą z tego Rio.

Sprawdziłem tylko przystanek, z którego jutro rano pojadę. O ile autobus się zatrzyma, bo to zawsze loteria.
I zajrzałem do Botafogo Shopping Centre. A tam? Zajebiste ciuszki dla małego dzieciątka od Bartka. Kurde, jeszcze się nie urodziło to dziecko, a ja już je kocham! Kupiłem dwa śpioszki i koszulkę BRASIL z rozmiarze najmniejszym noworodkowym. Fajnie wygląda.
Bartek musi się przyzwyczaić, że teraz będę zawsze coś przywoził jego dzięciątku, a nie jemu.

Wziąłem książkę i poszedłem pooglądać zachód słońca przy Sugar Loaf. To ostatni wieczór. Jutro pobudka o 5:00, bo muszę rano dojechać na lotnisko.

Ostatni dzień w Rio.
Jutro już lecę do Porto Alegre. Ależ się cieszę, że zobaczę te ryjce kochane najlepsze! Od naszego ostatniego spotkania w Hollywood minął rok.
I znów się spotkamy.
Pięknie!

W hostelu szykują się na imprezę (cóż, przecież to sobota), a ja nie idę. Chyba mam dosyć wrażeń z ulicznych imprez w faveli (o tym, co mnie spotkało w faveli piasałem TUTAJ). Poza tym nie mam ochoty lecieć na kacu. To zło.
Jakoś tak jest dziwnym trafem, że gdy hostelowa ekipa dowiaduje się, że oto mój ostatni wieczór/noc w hostelu nagle trzeba mnie pożegnać. I co, odmówisz? Gdy znajomości już zawiązane…?


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2019: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress