Powrót do Leh

To musiało się zdarzyć – krach i plusk i już w rzece

Rano była masakra. Na sam widok tych zamarzniętych butów robiło mi się zimno, ale nie było wyjścia – trzeba było wkładać stopy w te lodowce. Szybkie śniadanie, spakowanie obozu i w drogę.

Po drodze Agna dała wykład  o odmrożeniach i obumieraniu palców, co było nad wyraz adekwatne. Pierwsza godzina była najtrudniejsza, ale potem stopy powoli zaczynały odzyskiwać czucie. Wędrowanie w całkowicie zamarzniętych butach to jednak dziwne doświadczenie jest.

Powoli zmierzaliśmy do Tiladu.

Po jakiejś godzinie marszu okazało się, że na lewym brzegu kończy się lód, a przejścia nie ma. Pozostawał wspin pionem po skałach nad wyraz zdradliwych, albo odwrót.

– Myślisz, że damy radę? – zapytała Aga.

– Nie wiem. Popatrz na to, co tam jest – wskazałem pion na wysokości ok. 15m.

Plecaki wydawały się być jeszcze cięższe, a zamarznięte nogi zapowiadały brak wyczucia skały. No a świadomość upadku z takiej wysokości na skały w dole, a potem do rzeki pod lód skutecznie przekonały nas do odwrotu. Musieliśmy wracać rzeką ok. pół godziny, by w stabilnym miejscu całkowicie skutym lodem przejść przez nią na drugą stronę.

Powoli dotarliśmy do Tiladu, gdzie zjedliśmy szybki lunch i okazało się, że auto już na nas czeka. A więc to już koniec zanskarowej przygody? Zrobiliśmy sobie na końcu ostatnie zdjęcie ze skałami  pierwszego obozu w tle i wsiedliśmy do jeepa.

Jadąc do Leh [a raczej wracając] pierwszych kilkanaście kilometrów pokonywaliśmy drogą na zboczu skał, która spokojnie nadawałaby się do programu Discovery: „Najniebezpieczniejsze drogi świata” [zresztą, odcinki z dróg w rejonie Laddakh były w tej serii]. Z lewej stronie stroma skała, z prawej przepaść, a w dole rzeka, nasza przyjaciółka, tylko, że już niewiele zamarznięta, a szerokość ubitej drogi na jakieś 3-4m.
Jak tu się mijają auta?
Nie mówiąc o czymś większym.
Na skałach bardzo gęsto rozsiane napisy informujące, by trąbić, kiedy wjeżdża się w zakręt, co nie zawsze było robione. Kierowca raczej czuł się pewnie, jakby to była droga polna na działkę.

Kiedy wyjechaliśmy po 1,5h już na asfalt znów zaczęły pojawiać się znaki drogowe ostrzegające kierowców:

Speed thrills
But kills.

Albo

After whisky
driving risky.

Potem cała ta zona militarna Leh…

Rozliczyliśmy się z Szerpami pod naszym hotelem. Okazało się, że brali oni 600 rupii za dzień pracy. Ile to na polskie? Wyruszają z klientem na tydzień lub dwa w Himalaje, idą rzeką po lodzie, który w każdej chwili może się załamać, wchodzą z nimi na 4500 m.n.p.m., ryzykują życie, a do tego noszą nie tylko swoje manatki, lecz także rzeczy klienta. Po przeliczeniu wyszło, że każdy z nich bierze za taki dzień pracy… ok. 30zł. [sic!]
Nie mogłem w to uwierzyć.
Na początku ucieszyłem się, że koszty wyprawy spadły, ale potem mnie to przeraziło.
30zł.
I byli naprawdę zadowoleni.

Kiedy rozłożyliśmy się w hotelu postanowiliśmy zadzwonić do Polski. Tomek kolejny raz nie odebrał. Może to z nim coś się stało? Mam się martwić o niego tu w Himach? Czy może widzi, że to ja dzwonię i celowo nie odbiera? Do Izy już dzwoniłem i jakoś tak pomyślałem, że nie chcę jej tym razem przeszkadzać, jak wtedy (pisałem o tym TUTAJ), więc zadzwoniłem do Szyma. Odebrał. I zdziwił się chłopina, ale miło było usłyszeć jego głos. Szybka wymiana zdań, meldunek, że żyję i prośba o info na fb. Napisał:

Grześ jest już w drodze powrotnej na wysokości 3500 n.p.m u niego wszytko ok. i wszystkich Serdecznie Pozdrawia 🙂

Potem kolacja.
Coraz mniej ochoczo patrzę na to jedzenie. Niby inne żarcie od sampy, ale mieszanina kuchni tybetańskiej i indyjskiej jakoś po dłuższym czasie przestała mi odpowiadać. Mam wrażenie, że wszystko smakuje tak samo. Paneer tikka masala z chapatti plus te ich sosy na mansali.
Jeść można tylko prawą ręką, bo lewą się myje stopy i tyłek. Dlatego nie podaje się jej nikomu. Takim zakamuflowanym poniżeniem obcokrajowca przez Hindusa jest sprytne, ich zdaniem, zagranie: jeśli białas wkurzy kelnera w restauracji, ten poda mu jedzenie lewą ręką. Klient nie będzie wiedział, a Hindus będzie miał satysfakcję, że poniżył białasa.
Sasasasa.
Rozpuk.

Marzy mi się zwykła kanapka na kolację, obojętnie, z pasztetem nawet, z serem – jakakolwiek. Nawet lewą ręką bym się posługiwał jedząc najprostsze, cudownie smaczne, polskie specjały.

Dogadałem się też z Ivoną, że zrobi nam nocne zwiedzanie Dubaju. Najs.

Teraz w hotelu. Czekamy na gorącą wodę, bo co 20 min jest wiadro gorącej wody, by wziąć prysznic [w sensie: oblać się ciepłą wodą]. Po takim czasie w terenie bez kąpania się będzie to jak zbawienie.

Ileż to człowiek jest w stanie znieść?
Dużo.
Bardzo dużo.
Za własne pieniądze zresztą.
Na własne życzenie.
Moja skóra zerżnięta mrozem nadaje się tylko do regeneracji. Całkowitej.
Ale jak?
Nie znam się na tym.
Jedyne, co wiem o regeneracji skóry to tyle, co na zabiegach laserowych na pysk, które miałem po napadzie: jak mrozić i jednocześnie topić skórę laserem. Nic więcej. (zresztą, ten smród spalonej skóry z twarzy czuję do teraz, nawet tutaj w Himach…)
A tu mrożenie miałem naturalne [-34’C]. Może Iza coś wymyśli, ja się nawet na kremach nie znam.

Wieczór restowy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress