Przez ślepotę do Chilingkik

Rankiem zostawiliśmy depozyt i ruszyliśmy przed siebie z wioski Zangla. Droga wiodła wzdłuż rzeki, choć oddalona od niej była o kilkadziesiąt metrów. Wokół rozpościerały się piękne widoki ośnieżonych sześciotysięczników na tle błękitu nieba. Cudowności wizualne!
A my, maluczcy wobec ogromu gór, który jednak nie przytłaczał, a dawał mi oddech…

Szliśmy sami.
Wczoraj musieliśmy zmienić Szerpów. Okazało się, że kradli nam jedzenie. Normalnie perfidnie wyciągali z naszych bagaży i jedli. Ale inteligentnie… wyrzucali papierki na śnieg. To nawet Europejczycy nie zaśmiecają tak Himalajów, jak oni! Wiedzieliśmy jaki prowiant mieliśmy, więc nie było żadnych wątpliwości. Myślę, że gdyby powiedzieli, że chcą jeść nie mielibyśmy nic przeciwko, aby podzielić się jedzeniem z osobami, z którymi przemierzamy Himalaje. Ale w obliczu takiego zachowania daliśmy im wybór: albo idą dalej z nami bez takich akcji już, albo tu się żegnamy. Zostali (czyżby oznaczało to, że planowali dalej nas okradać?), a my ruszyliśmy bez Szerpów, nie wiedząc tak naprawdę czy jakichś znajdziemy w którejś z wiosek. Tenzing poszedł z nami.

Idąc drogą po pewnym gruncie miałem dziwne wrażenie, że idzie się lekko, kiedy nie rozjeżdżają się nogi, jak na lodzie rzecznym. Po drodze rozmawiałem z Tenzingiem na temat buddyzmu, jego historii i istoty. Wiele ciekawych rzeczy się dowiedziałem, głównie od strony praktycznej. To niesamowite jak dwoje obcych sobie ludzi, których dzieli wszystko: wiek, miejsce zamieszkania, kultura i religia – nagle staje się dla siebie przyjaciółmi tylko dlatego, że wyruszyli w drogę RAZEM, współdzielą trudy i radości wędrowania po ośnieżonych Himalajach. Miałem wrażenie, że im dalej szliśmy wgłąb gór, tym było więcej śniegu. A nasze rozmowy były tą cudowną wymianą doświadczeń, doznań i przeżyć.

Dotarliśmy do długiego mostu rozrzuconego nad rzeką, którym przeszliśmy na drugi brzeg.

Trzech Muszkieterów, zdjęcie zrobione przez Agnę.

Kiedy minęliśmy most nad rzeką Zanskar, którą jeszcze niedawno szliśmy, droga zaczęła wić się pod górkę. Słońce świeciło nam w twarze ze zdwojoną siłą, odbitą od śniegu. Po raz pierwszy w Himalajach było mi gorąco. Jednak zacząłem odczuwać ból oczu, który stopniowo narastał. Słońce, które odbijało się od śniegu wwiercało się w moje oczy, choć miałem przecież okulary przeciwsłoneczne, kupione w Leh. Ból narastał, a ja przypomniałem sobie, że Agna zostawiła apteczkę w depozycie. Czyli tabletki na złagodzenie skutków ślepoty śnieżnej szlag trafił! Ból gałek ocznych był odczuwalny. Naciągnąłem więc na twarz wraz z okularami ciemną bandamkę i tak szedłem. Powoli ból oczu się normował. Każdy szedł swoim tempem, jakby był sam podczas tego marszu. Niejednokrotnie znikaliśmy sobie z oczu.

Aż doszliśmy do kolejnej wioski Chilingkik, w której było kilka domów. Wokół nich nic nie rosło, były tylko zagrody dla zwierząt i trochę śnieżnego błota.24 Tutaj zatrzymaliśmy się u innych członków rodziny Tenzinga. Przyjęła nas czarnowłosa kuzynka Tenzinga z dzieciątkiem na ręku i… dużą ilością biżuterii.

W pokoju z piecykiem siedział akurat jegomość, ubrany w czapkę i płaszcz z wełny jaka i… szył na maszynie. Okazało się, że jest to jedyny w dolinie facet, który ma taki sprzęt. Rodziny wynajmują go na 2-3 dni, podczas których mieszka on w ich domach, dostaje pożywienie i nocleg, a w międzyczasie szyje im kubraczki z wełny. Mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda ten proceder. Całkiem ciekawa sprawa: mężczyzna traktowany jest z szacunkiem, niczym dostojny gość. Podobnie zresztą, jak my. Miejscowa ludność jest naprawdę gościnna, przyjmują w swoje progi obcych przecież ludzi, dają pożywienie, którego sami mają bardzo mało, bo wybierają z zapasów zimowych (głównie ryż i kapusta) i pomimo bariery językowej – ofiarują im miejsce przy piecu.

Właściciel także chciał się pochwalić i pokazał nam swoją „zastawę” – miseczkę z wypolerowanej czaszki ludzkiej i flet z kości udowej człowieka.
Tak, flet.
Z kości udowej.
Człowieka.
Był bardzo dumny, że posiada naczynia z ludzkich kości, a nam nie wypadało robić nic innego, jak podziwiać.

Tutaj także po raz pierwszy usłyszałem miejscowe radio. Nie przypuszczałem, że docierają tu jakiekolwiek fale. Ale jednak. I to, co usłyszałem w radio, ta – nazwijmy to hucznie – muzyka to… ja rozumiem, że to kwestia kultury i gustu, ale – masakra. Jak moi uczniowie będą niegrzeczni to za karę będę im to puszczał!

Do jedzenia dostaliśmy sampę (tsampa). Zauważyłem, że niektórzy z mieszkańców ugniatają jej kawałek i rolują w dłoniach, zanim zaczną ją jeść, inni ugniatają sztućcami, jeśli takowe posiadają w domu.
Czym jest sampa?
To po prostu mąka pszenna lub jęczmienna, którą ugniata się z wodą lub – jak nas nauczono – z soloną herbatą z masłem z mleka jaka, tworząc grudki do zjedzenia. Przypomina to wyrabianie ciasta. Wyczytałem też, że w niektórych rytuałach buddyjskich kawałki tsampy wyrzuca się w górę, co ma być znakiem radości i jednocześnie prośby wobec bogów o ochronę.

I tak upłynął nam kolejny dzień, w którym przeżyliśmy rozstanie z Szerpami, początki ślepoty śnieżnej, przygotowanie sampy i obserwowanie pracy krawca.


3 komentarze to Przez ślepotę do Chilingkik

  1. ThomasAssip napisał(a):

    Good post, i like it a lot.I was really lucky to find your site. There is a lot of useful information!

  2. […] Przez ślepotę do Chilingkik […]

  3. […] Przez ślepotę do Chilingkik […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress