U źródeł capoeiry, a właściwie w samym epicentrum

Pierwsza nocka w Salvadorze.

O poprzednim dniu pisałem tutaj:

Salvdor – a miałem odpocząć po tych kilku dniach w podróży

Obudziłem się po 7:00, Luane już nie było. (Powerek z Polszy się przydał)

Miłą niespodzianką było… śniadanie. Okazało się, że jest w cenie, co jakoś umknęło mojej uwadze przy bukowaniu. Właściwie to nigdy nie zwracam na śniadanie uwagi, bo i tak nie zamawiam wyżywienia (z powodów ekonomiczno-zdrowotnych).  A na śniadaniu do wyboru bułka smażona w jajku, serki, pomidorki i dużo owoców południowoamerykańskich.
Pełen pozytyw.
I oczywiście tylko kawa, więc dobrze, że zabrałem ze sobą herbatę. Nauczyłem się już, że w wielu krajach po prostu nie pija się herbaty, a jak jest w menu to zazwyczaj jest droższa od kawy.
Dziwne.
Dlatego zawsze jestem przygotowany na tę ewentualność.
Nie ma nic lepszego niż uczucie gorącej herbaty spływającej do żołądka o poranku!

Potem popracowałem na tarasie z widokiem na palmę.

Dziwnym trafem ekipa była jakaś taka… wczorajsza, a recepcjonista [ten w dredach] spał w koju z poduchami na tarasie.

Ruszyłem po pracy w miasto.

Ależ tam kolorowo! Naprawdę w dzień też prezentuje się przepięknie.

Pelourinio robi olbrzymie wrażenie, choć w niebieskim budynku, który wystąpił w teledysku Michaela Jacksona teraz jest sklep, można w nim kupić pamiątki dotyczące MJ, a w pętli ustawiona jest ta jedna jedyna piosenka. I tak przez osiem godzin. Ilekroć tamtędy przechodziłem leciały te dźwięki.
Do porzygu.
To patent sprawdzony: jak sobie obrzydzić ulubioną piosenkę? Puścić w pętli non stop.
Nie mógłbym tam pracować…

MOVIES LOCATIONS: Michael Jackson „They don’t really care about us”

Wąskie uliczki historycznej części miasta, kolorowe domy, dużo wojska i zaczepiający przechodniów sprzedawcy kolorowych wstążek. Niektórzy  z nich są dosyć upierdliwi i jeśli nie będziesz ostrożny zawiążą ci wstążkę na nadgarstku w 2 sekundy i zażądają zapłaty. Podobnie głośni i natrętni są ludzie sprzedający wodę, wisiorki, właściwie to sprzedaje się tam… wszystko. I wielkie big mamas w sukniach jak bezy i w turbanach na głowie. Tu też trzeba być ostrożnym, gdyż zrobienie fotki takiej kobiecie również wiąże się z opłatą.

Więcej o Pelourinho przeczytasz tutaj:

Pelourinho, Salvador, Bahia

Z kolei zdecydowanie przereklamowana jest winda Lacerda, która prowadzi do portu. Nie wiem co w niej ludzie widzą, to tylko zwykła winda, w której – jak głoszą przewodniki – też można zostać okradzionym. Znajduje się ona przy placu Tome de Sousa, o którym więcej przeczytasz tutaj:

Plac Tomé de Sousa, Salvador

Wracając do hostelu zupełnie przypadkowo spotkałem… Wip i Stepfanie z Belgii.
To można się spotkać nawet w tak wielkim mieście jak Salvador??? (ależ ja uwielbiam takie spotkania!)
4 miliony mieszkańców w mieście Ameryki Południowej i spotkanie właśnie tutaj?

Razem poszliśmy do Fortu de Capoeira, czyli miejsca, gdzie narodziła się ta taneczna sztuka walki (pełna nazwa to Forte de Santo Antônio Além do Carmo). Generalnie w dupie mam capo, ale Diana lubi, więc stwierdziłem, że pójdę i porobię dla niej kilka fotek. Nigdy nie rozumiałem capoeiry. O ile samo kamuflowanie sztuki walki pod postacią tańca rozumiem w czasach niewolnictwa, o tyle teraz to mi wygląda tylko na machanie nóżką tak, żeby nie uderzyć przeciwnika, podsuwaniu mu dupy pod nos i schylaniu się, co zresztą wygląda jakby dopiero uczyli się robić gwiazdę, a średnio im to wychodziło.

Fort niewielki, przechodzi się przez placyk do pomieszczenia, w którym jest muzeum capo. Choć muzeum to za duże słowo, na ścianach wiszą obrazy ludzi związanych z capo, wiszą berimbau, na półkach leży trochę książek i kilka płyt CD do kupienia. Całe szczęście udało się to zwiedzić za darmo.

Więcej o tym miejscu przeczytasz tutaj:

Forte de Santo Antônio Além do Carmo – miejsce narodzin capoeiry

Ale kobieta, która tam pracuje zaprosiła nas na 20:00 na „capoeira show”. Jak show to show. Wrócę tam, nagram coś dla tej Diany, już się przemęczę, kurwa. A może w końcu zrozumiem capo?

Po forcie poszliśmy na obiad do baru Zulu, w którym są całkiem przystępne ceny w happy hours i smaczne jedzonko. Zamówiłem coś (tak, COŚ to właściwe określenie), choć Stepfanie przetłumaczyła  mi potem, że to stek. A steki to ja lubię. Do tego była sałatka, pieczony banan na cukini i puree z dynii. I piwo. Podali zmrożone, a ja nie przepadam za bardzo za zmrożonym piwem, bo wtedy nie bardzo czuję jego smak. (zresztą, niemal wszędzie w Brazylii podawali mi zmrożone piwo).
No, ale piwo to piwo, nie wybrzydzałem.
Na koniec podali mi deser, nie wiem co to było, na moje oko zawierało gluten, ale wchłonąłem.

Gdy przyszło do płacenia okazało się, że w portfelu nie mam karty. I co teraz? Gdzie jest karta? Zacząłem rozkminiać wczorajszą noc w terenie podczas imprezy. Ktoś mi zajebał? Zgubiłem? Dawałem mój portfel i paszport Luane, by schowała. I choć znałem ją dopiero jeden dzień ani razu nie pomyślałem, że to ona mogłaby mi ukraść kartę. Czy cokolwiek.

– Muszę skoczyć do hostelu jak najszybciej poszukać karty. Może mam ją w moich jeansach? – powiedziałem do Wipa. – Zapłacicie za mnie? Oddam wieczorem na capo.

Wiem, że brzmiało to jak tani chwyt kogoś, kto chce oszukać innych, spierdolić i więcej ich nie spotkać.

– Spokojnie, leć szukać karty. Widzimy się wieczorem. – powiedział uśmiechnięty Wip.

Jakie to szczęście, że są na tym świecie jeszcze dobrzy ludzie! Oto właśnie wzajemne zaufanie podróżników, którzy wiedzą co to znaczy być w drodze, wiedzą z autopsji jakie doświadczenia się zdobywa – i są dla siebie, pomagają sobie. Ileż razy to już ja komuś, a ktoś mi…?

Biegnąc do hostelu myślałem o tym co się stanie jak nie będę miał karty: nie będę miał dostępu do kasy, a tym samym nie polecę do Rio, no i dalej do Porto Alegre, nie będę miał co jeść i właściwie to nawet nie będę miał za co wrócić  do Polski. A samolot za niecały miesiąc. Jak ja przeżyję miesiąc w Brazylii bez pieniędzy? Hehe, może być śmiesznie…

Wparowałem do pokoju, w którym oprócz mnie śpi jeszcze dziewięć osób i zobaczyłem, że spodnie leżą na łóżku. Z bijącym sercem przeszukałem kieszenie i… jest! Karta spokojnie była ciągle w tylnej kieszeni jeansów. Usiadłem na łóżku i rozejrzałem się po pokoju. Wszędzie leżały porozwalane rzeczy moich współlokatorów, otwarte walizki, ubrania, a nawet ładowarki do telefonów. No tak, nie spotkała mnie nigdy żadna przykrość w hostelu, nic mi nie zginęło, nikt mnie nie okradł, Bogu dzięki. Przecież to dlatego, że w hostelach śpi ten typ ludzi, którzy są w ciągłej podróży, więc doskonale rozumieją co to znaczy coś stracić, jakie byłyby tego skutki. Dodatkowo nie ma się co czarować, po co komuś prana po raz n-ty koszulka czy książka w języku, którego nie zna? No i kogo interesują długie spodnie w Brazylii? Bo i tak najbardziej wartościowe rzeczy, jak paszport i dokumenty, nosi się zawsze przy sobie. No, chyba, że się zapomni, że wczorajszej nocy na ulicznym salvadorskim melanżu używało się karty, a nie kasy. Swoją drogą to zło imprezować z kartą. Gdy masz odliczoną kwotę to po prostu przepijesz i przejesz tyle, więcej nie masz, koniec. A z kartą źródło jest teoretycznie niewysychające, a dodatkowo z moim gestem stawiania – jest jeszcze fajniej. Nic na to nie poradzę, lubię ludziom stawiać.

Czy mam pieniądze, czy grosza mi brak – ja stawiam!
Czy los mi sprzyja, czy idzie na wspak – ja stawiam!
Czy mam dziesięciu kompanów, czy dwóch,
Czy mam ochotę na rum, czy na miód,
Czy mam pieniądze, czy grosza mi brak – ja stawiam!

Jacek Kasprowy

Wyszedłem na taras odpocząć i spotkałem tam siedzącą pod ścianą Turczynkę. Zaczęliśmy rozmawiać na główny temat ludzi w podróży – o podróżach. Okazało się, że ona jest w podróży już… siódmy rok. Na początku mi to zaimponowało, ale później pomyślałem, czy siedem lat to faktycznie jeszcze podróż czy już życie w drodze? A może ucieczka od czegoś? Nie wiem czy ja bym tak potrafił. Chyba punkt zaczepienia, do którego się wraca, w którym ktoś na ciebie czeka, chyba takie coś sprawia, że warto wracać. (czy ktoś faktycznie na mnie czeka?)

– Ale musisz się nastawić na sypianie na dworcach, czy pod mostami, bo często nie ma pieniędzy. – przestrzegła mnie. – No i z jedzeniem często są kłopoty.

– I jak sobie radzisz?

– W wielu miastach rozdają bezdomnym jedzenie, musisz po prostu zorientować się w jaki dzień i w jakim miejscu i pójść skorzystać.

Tak, słyszałem, że wielu ludzi w drodze praktykuje takie żywienie. Kiedyś poznałem w samolocie dziewczynę, która podróżuje jeszcze tańszym kosztem, niż ja, bo korzysta z takich darmowych obiadów, które podobno są zdrowe i pełnowartościowe [wszak rozdaje się je ludziom!], albo chadza nocami na tyły hipermarketów, bo tam wyrzuca się przeterminowane jedzenie, albo zniszczone warzywa – i żywi się tym. Tylko nie wiem czy to dla mnie nie za duży hardcore. Ok, nie muszę mieć królewskiego żarcia, kiedyś spędziłem w górach trzy dni na ziemniakach i ogórkach, bardzo często jadałem na wyjazdach syfiaste jedzenie w stylu makaron z serem i ketchupem, ale jedzenie ze śmieci to jednak coś innego.

Z całej tej rozmowy, pomimo trybu jej życia, zauważyłem, że ma dosyć duże mniemanie o sobie, jakby gardziła tymi, którzy podróżują w innym, niż ona stylu. Więc kolejny raz sprawdza się w praktyce, że pasja podróżowania nie zawsze jest w stanie połączyć ludzi, gdyż raczej się z nią nie zaprzyjaźnię.

Chwyciłem więc znów za gitarę w kojcu, a po chwili coś pogryzło mi stopy! I nie były to komary. Od razu mi się przypomniało, że śpi tu ten człowiek z dredami.
Przypadek?
Nie sądzę.

Spieprzyłem stamtąd szybko z postanowieniem, że w kojcu na poduchach już nie siądę.

Na łóżku obok mnie wylądowała młoda Niemka, Aleksandra, ale jakaś taka za ładna na Niemkę. I mówi z brytyjskim akcentem.

Chyba pójdę w kimę, bo wieczór znów zapowiada się ciekawie.

17:25

Miałem się kimnąć, ale zobowiązania spałcenia Wipa  mi nie pozwoliły. Musiałem iść na Praca de Jesus do bankomatu wybrać kasę, by im oddać.

Więcej o Praca de Jesus przeczytasz tutaj:

Praca Terreiro de Jesus, Salvador, Bahia

Teraz w living roomie oglądam mecz  Portugalia – Walia. 2:0. A wieczorem idziemy na ten pokaz capo. Jakieś zakupy musiałbym zrobić, bo zjadłem już cały makaron ryżowy z sosem i kabanosami. Dziwne połączenie, ale przecież na wyjeździe zawsze zacnie smakuje. Pamiętam jak kiedyś tak bardzo chciałem jechać w góry, a miałem tylko 50 zł do końca miesiąca. W domu też jedzenia nie było, więc po co głodować w domu, skoro mogę głodować w górach! Kupiłem bilet w Opawskie, zapłaciłem za nocleg i cały weekend spędziłem tylko na ziemniakach bez soli i zielonych ogórkach, bo tylko na to było mnie stać. Ależ mnie wtedy przycisło w te góry, ale i tak ziemniory te smakowały nad wyraz dobrze – z takim widokiem!

Wieczorem zebrałem ekipę i poszliśmy do fortu na ten pokaz capo. Choć pokaz to niewłaściwe słowo, obiecano nam show, a to był zwykły trening. Zawsze myślałem, że capoeira nie ma większego sensu, śmiesznie wygląda, a ludzie ją trenujący są dziwni. I musiałem odbyć niesamowitą podróż na inny kontynent, musiałem przelecieć pół świata, znaleźć się w Brazylii, a konkretniej – w Salvadorze, a nawet głębiej – w forcie, w którym capoeira się narodziła wtedy, gdy w czasach kolonialnych więzieni tu niewolnicy z Afryki zabijali swój czas i kamuflowali sztukę walki tańcem. Musiałem dotrzeć do źródła tego sportu połączonego ze sztuką. To tu jest centrum, początek, tu są korzenie… Dotarłem do kolebki capoeiry, miejsca, w którym połowa ludzi żyje nią na co dzień, dotarłem tak daleko, by przekonać się, że… miałem kurwa rację!

Jak to wygląda?

Siedzi sobie grupa ludzi na ławeczkach. Akurat wśród nich byli „miejscowi”, czyli ciemnoskórzy, w tym jeden z długimi dredami [a jakże!], jeden z kapelutkiem a la Francuzik i jeden z czapką w barwach Jamajki oraz goście, którzy – sądząc po koszulkach – przyjechali ze Słowacji. Wśród nich typowo słowiańscy mężczyźni i jedna blondyneczka, taka troszkę większa, ale bardzo zgrabna.

Najpierw dwóch jegomościów, którzy zaraz będą próbować robić gwiazdę, kuca przed starym dziadkiem i rozkładając ręce biorą od niego moc. A może moc ta spływa na nich z wszechświata? A potem zaczynają się wyginać. Próbują. Delikatnie machają nóżką, by nie skrzywdzić przeciwnika. Czasami niepostrzeżenie, a jednak bardzo ostentacyjnie podsuwają pod nos kolegi swoją spoconą dupę. Dziwnie to wygląda. Ministerstwo głupiego kucania. A potem zmiana.

Nic mnie w tym nie urzekło, a monotonna muzyka zaczęła irytować. A przecież zawsze, gdy gdzieś wyjadę, otwarty jestem na poznawanie miejscowych tradycji i folkloru. Dobrze, że chociaż była ta blondyneczka, bo było na co popatrzeć [ależ się wyginała!].

(hmmm… a może na pokazach capo powinny występować tylko kobiety?)

No nic, trudno. To, że tego nie rozumiem, nie znaczy, że nie mam tego szanować. Wytrwałem do końca, ale tutaj stara kobieta, pewnie żona tego wodza-guru-dziadka, zaczęła wszystkich zmuszać – tak, to dobre słowo – zmuszać do tańca. Czegoś takiego bardzo nie lubię. Chcesz sobie tańczyć to tańcz, ale bez naruszania mojej przestrzeni osobistej! Moi znajomi odebrali to wszystko podobnie.

Podziękowaliśmy brawami i poszliśmy sobie. Oj, ciężkie doświadczenie. Trzeba nam było capirinhi tarasie naszego baru! Luanne była zmęczona jeszcze bardziej ode mnie, ale wytrwała.

Gdy wróciliśmy do hostelu wszyscy poszli spać, a ja jeszcze kilka chwil posiedziałem z herbatą na hostelowym tarasie patrząc się w ciemności Salvadoru…

Następny dzień tutaj:

Na plaży do Farol da Barra przygód co niemiara


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

© 2019: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress