W Himalajach zimno prawie jak na… Saharze?

Po raz pierwszy na suficie namiotu pojawił się szron. Jak dotychczas była to najzimniejsza noc. Ale nie ma się co dziwić – idziemy wgłąb Himalajów.

Nasze oddechy nocne zamieniły się w szron, przyczepiły do górnej części namiotu i… przy każdym ruchu spadały nam na śpiwory i twarze. Wyjątkowo irytujące uczucie. Zwłaszcza, że przy takiej ilości warstw ubrań na sobie podczas leżenia w śpiworze nie da się nie wiercić.
Pięć warstw.
Jak przybysz z Matplanety.

Po raz pierwszy też musiałem w nocy wyjść z namiotu zrobić nr 1. Ileż to wymagało ode mnie samozaparcia to wie tylko ten, kto musiał kiedyś opuścić ciepły śpiwór i wyjść na -25’C. Nie lubię tego. Zawsze mam idiotyczną nadzieję, że tym razem pokonam siebie w nierównej walce z własnym organizmem. Oczywiście jest to ułuda, bo i tak wiem, że przegram. Ale naiwnie czekam do samego końca, by opuścić mój ciepły kokon i wyjść na ten himalajski mróz dopiero wtedy, gdy już wiem, że jeszcze kilka sekund i będzie za późno.

Rano spakowaliśmy campa, zostawiliśmy depo i ruszyliśmy dalej rzeką przecudnie pokrytą lodem od jednego brzegu do drugiego.

Po drodze poznaliśmy dwóch Brazylijczyków, którzy mieli tylko dla siebie wynajętych… kilkunastu porterów: od jadalni, od gotowania, od zbierania drzewa na ognisko, od noszenia. Brazylijczycy po prostu sobie szli i podziwiali, a gdy dochodzili do obozu – on już stał. Prowadzili takie prywatne biuro turystyczne, jeden z nich jeździ sobie po świecie z kilkoma klientami i taki ma pomysł na życie. A ja… w tej szkole… […]

Idąc po zamarzniętej rzece ma się różne myśli. A przekonałem się nieraz, że nie ma nic gorszego, niż mieć czas na myślenie. Idzie się z kimś, ale tak naprawdę idzie się samemu, z własnymi tworami w głowie.

W miejscach, w których lód malał do kilku metrów jeszcze było dobrze. Gorzej, gdy warstwa lodu na rzece miała szerokość kilkudziesięciu centymetrów. Bo jaką grubość wtedy?
Brrr…
Wystarczyłby jeden głupi krok i mogłoby skończyć się tragedią. W takich chwilach przestawałem myśleć, a skupienie sięgało zenitu.

Całe szczęście gdy szliśmy lód – choć czasem bardzo wąski – to jednak BYŁ. Choć mijaliśmy miejsca, gdzie topi się on całkowicie, a wtedy trzeba przejść po prętach wbitych w skałę. Zardzewiałych, wygiętych i za cholerę niepewnych. Spaść z takiego prętu do rwącej rzeki prawdopodobnie równoznaczne byłoby z końcem.

Doszliśmy do początku drogi nad rzeką, a raczej jej końca.

– Ta droga to przekleństwo – opowiadał nam indyjski przewodnik Brazylijczyków. – Podczas jej budowy dochodziło do wielu wypadków. Wysadzano skały, a kiedy opadał kurz okazywało się, że rozrywało ludzi. Jeszcze wiele dni po wybuchach znajdywano w rzece odcięte dłonie lub nogi.

Faktycznie, na tafli lodu leżało bardzo wiele odłamków skał. Tutaj też rzeka traciła stabilny lód, więc musieliśmy zejść z rzeki i wyjść do góry na tę drogę właśnie. Minęliśmy po drodze obozowisko robotników. Widoczne były anteny satelitarne ulokowane przy namiotach, więc pewnie można było stamtąd zadzwonić. Ale chyba jeszcze za wcześnie na telefony. Dam moim odpocząć ode mnie…

Zobaczyliśmy go najpierw z oddali: obóz był wciśnięty między wysoko wznoszące się góry. Stało tam już kilka namiotów preinstalowanych dla Brazylijczyków. Powoli robiło się ciemno musieliśmy zatem zdążyć z rozstawieniem obozu. Nie mieliśmy do tego wynajętych ludzi, więc wszystko robiliśmy sami. Zeszliśmy zatem do obozu i rozbiliśmy namioty, otoczone kamieniami, by chroniły od wiatru. Jednak do rzeki był kawałek, a szykowała się najzimniejsza z dotychczasowych nocy. Wieczorem było tak zimno, że kiedy przynosiliśmy wodę z rzeki oddalonej o kilkanaście metrów, to dochodząc do namiotu miała ona już na powierzchni cienką warstwę lodu.
Mróz przeokropny.

Ale za to jedno z najpiękniejszych gwieździstych nieb ever. Tak, okolica nieskażona żadnym światłem sprawiała, że widoczność była bardzo dobra. Podobne niebo widziałem tylko na Saharze. Wtedy też mi się wydawało, że ta noc na pustyni jest bardzo zimna. Zmarzłem tam (zmarznąć na Saharze – co za paradoks!), ale cóż ja wiedziałem o zimnie? Teraz mogłem podziwiać ten baldachim gwieździsty nade mną, rozciągnięty nad himalajskim światem. Ale niezbyt długo, niestety. W bezruchu nawet i pięć warstw ubrań to za mało. Nie chciałem sobie odmrozić kończyn…
Ale niebo – cudowność!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018: Nietu | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress