Zanskar – Pierwszy dzień na rzece [VIDEO]

Rano pobudka po zimnej nocy i złożenie obozu.
Tak, już czuję, że noce tutaj dadzą w kość. A to dopiero pierwsza, więc co będzie dalej?
Zachciało mi się Himów.
I to zimą!
I to w moim letnim namiocie!!!

Ruszyliśmy, powoli i niepewnie wchodząc na pokrytą lodem rzekę: Agna, Franz, ja i dwóch tragarzy. Niektórzy mówią na nich szerpowie i aż dziw bierze, że żaden z nich nie ma na imię  Tenzing. Za to Dorjee, a i owszem.

Nasi tragarze ubrani byli w stare spodnie i gumowce, my swoje pozostawiliśmy jeszcze przypięte do plecaków. Trzeba było przyzwyczaić się do ostrożnego stawiania kroków, początkowo jednak i tak nogi się rozjeżdżały, jak młodemu cielakowi, który dopiero przyszedł na świat. Były jednak takie momenty, w których gumczaki okazały się nieodzowne.

Stopniowo oswajaliśmy się także z dźwiękami pękającego pod naszymi stopami lodu. Oj, te głuche dźwięki wcale nie były przyjemne, jednak z czasem nauczyliśmy się także rozróżniać ich rodzaje. Ale tutaj dopiero był początek naszego trekku.

Szliśmy cały czas powierzchnią rzeki, mijając po drodze skąpane w słońcu skały oraz niesamowicie fantazyjne rzeźby lodowe na rzece. Po kilku godzinach marszu zrobiliśmy sobie przerwę na lunch: z sań ciągniętych po lodzie przez Dorjee i jego kolegę odpięliśmy duże plecaki z zapasem pożywienia i wyciągnęliśmy… zupki chińskie, wersja azjatycka. Z Chin. A więc w teorii prawdziwe chińskie zupki chińskie. I co? Niezbyt mi smakowały, bo chyba jednak przyzwyczaiłem się do zupek chińskich z Radomia.

Potem znów kilka godzin marszu, powolnym krokiem i monotonnie. Właściwie to każdy szedł sam ze sobą, a dla mnie wszystko jeszcze było takie nowe, świeże. Wszak oto byłem w trakcie spełniania swojego największego górskiego marzenia – Himalaje. Ja tu jestem?
Głuche tąpnięcie pod nogami uznałem za potwierdzenie.

Najmniej pewnie czułem się przy skrajach lodu, który opływowym kształtem przemieniał się w rwącą wodę. Z wesołych rad jakże pomocnych tragarzy wyczytałem cztery złote rady pt. „Co robić, gdy wpadnie się do rzeki?”:

  1. Nie wpadać w panikę – cóż, łatwo powiedzieć, gdy w pięciu warstwach ubrań i z ponad dwudziestokilogramowym obciążeniem wpadnie się do lodowatej wody.
  2. Nie dać się wciągnąć prądowi pod lód – cóż, to jednoznaczne byłoby z utopieniem się. Lód często pokrywa całą szerokość rzeki na długich odcinkach. Więc klops.
  3. Odpiąć plecak, on może sobie popłynąć pod lód – cóż, łatwo mówić, gdy walczy się z prądem, przeszywającą zimną wodą, a jednocześnie całe ubranie nasiąka, wszystko staje się cięższe, a na dłoniach ma się rękawice.
  4. Nie otwierać oczu, bo gałki oczne mogą zamarznąć – yyyy… ke?

Cóż, dlatego najlepiej nie wpadać do rzeki w ogóle.

Jak się potem okazało – nie udało się ominąć tego doświadczenia.
Ale o tym później.

Następny obóz rozbiliśmy na brzegu rzeki, na powierzchni z piasku. Plaża w Himalajach?

Szerpowie spali w jaskini niedaleko nas, a raczej we wnęce skalnej odgrodzonej od reszty świata murkiem z kamieni i flagami modlitewnymi.

I znów te same wieczorne czynności: pójście do przerębla w rzece po wodę, gotowanie jej, kolacja i ponowne gotowanie wrzątku do butelek wsadzanych do śpiwora.
Jak mantra.

 

Zobacz mój filmik z pierwszego dnia na Zanskarze:

CZYTAJ TAKŻE

Z Leh do Chilling – początek Zanskaru

Lód to twój przyjaciel – czyli powoli do Neraku


Comments are Closed

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress