Porto Alegre i różne tradycje

Po powrocie z Urugwaju do Brazylii spałem 9h, potem chwila przerwy i dalsze 2h. Musiałem odespać chyba te doznania, całą podróż, cyklon – wszystko.

Teraz siedzę w kuchni, już po śniadaniu i dopinam kawalerski w Polsce na ostatni guzik. Zerkam za okno, a tam pod 6-pasmową estakadą śpi bezdomny. Poranne słońce zaczyna go powoli grzać, choć tutaj na szóstym piętrze zimno.

Dziś idę w teren na cały dzień. Chcę zadziwić się Porto Alegre tak, jak można nim się zadziwić. Potem jeszcze na trzy dni do Caxias do Sul, do rodzinnego miasta C. Następnie powrót, organizacja wylotu i welcome back, Europe!
Miesiąc pyknie.

C.oczywiście chciała pójść ze mną, żeby pokazać Porto Alegre, ale przedtem musiała ugotować fasolę. Bo u nich w rodzinie jest taka tradycja, że kandydatka na żonę musi umieć właściwie ugotować fasolę.
– Macie u was w Polsce fasolę? – pyta wlewając wodę do misy.
– Mamy.
– Nie przejmuj się, to mi zajmie tylko jakieś 4h, bo jeszcze muszę ją namoczyć.
Ech, ten brazylijski dystans do czasu…

Po ugotowaniu zjedliśmy fasolę z ryżem i nieśmiałą dawką mięsa (przypomniało mi się jedzenie w Himalajach, ryż z kapustą i równie nieśmiałą dawką mięsa z yaka). B. był zadowolony, że C. potrafi gotować fasolę, więc będzie dobrą żoną.

Wyszliśmy w teren, gdzie pod Santander Cultural mieliśmy spotkać się z Valeską. Czy wszystkie kobiety na całym świecie niezależnie od kultury i wyznania muszą się spóźniać? 20 min. Bardzo tego nie lubię. Weszliśmy zatem do muzeum bez niej.

Gdy oglądaliśmy wystawę całkiem oryginalnych, choć raczej fallicznych interpretacji mitologii, dołączyła do nas Valeska – uśmiechnięta, pachnąca perfumami kobieta z  zarzuconą na ramiona chustą. Gdyby była Polką pomyślałbym, że jest nauczycielką.

Zeszliśmy do podziemi, gdzie znajdował się kiedyś bank, a teraz jest sala kinowa. Akurat trwał festiwal… filmu polskiego. Pokazywali m.in. „Bogów”, „Miasto 44”, „Jeziorak” i „Dziewczynę z szafy”. Naprawdę wybrali dobre filmy. Nawet przez chwilę zastanawiałem się czy pójść, ale potem pomyślałem, że nie po to leciałem na drugi koniec świata, by oglądać polskie filmy.

Okazało się, że w Porto Alegre jest więcej polskich akcentów: architektem tego budynku, w którym znajduje się Santander Cultural był Polak, Stefan Sobczak, sprzedają tu także Chorizo do Polaco, a na wystawie grafik był portret Szopena.

Zwiedziliśmy jeszcze muzeum miasta (puste i nudne), a także galerię sztuki współczesnej, w której Valeska próbowała mi wytłumaczyć sens i koncept białego kwadratu namalowanego na środku dużego płótna. Wciąż nie widzę w tym sztuki.

Potem katedra, teatr i miejskie place. By coś zjeść wjechaliśmy na 7 piętro innego kina, w bardziej rozrywkowej dzielnicy Porto Alegre. Szukaliśmy czegoś less expensive, ale nie udało się. Pan grał na gitarze, śpiewał coś tam coś tam, w oddali zachodziło słońce, całkiem miły klimat się stworzył.

Zamówiłem mięso z frytkami w jakimś sosie. Okazało się, że owe frytki i mięso są w sosie… truskawkowym [WTF?]. Tak to jest jak twoja znajomość portugalskiego ogranicza się do tego, że  carne con patatas to frytki z mięsem, ale co dalej tam było – nie wiedziałem. Nigdy bym jednak nie wpadł na to, że można polać frytki z mięsem sosem truskawkowym. Z kaparami zresztą. Od razu mięso wydało mi się nieświeże, ale za taką cenę [31 reali] powinno być dobre. Nie zjadłem twardej skóry, tylko jakoś przeszło przez przełyk to dziwne mięsno-słodkie połączenie. C. zamówiła bruscettę i też była jakaś dziwna.

W rozmowie z V. okazało się, że faktycznie jest nauczycielką. Kyrie!

– A skąd masz tak oryginalne imię? – zapytałem Valeski.
– Bo jak moja mama leżała w szpitalu to jeszcze nie miała dla mnie imienia. I tam pracowała jako pielęgniarka taka pani z Polski i ona jej opowiadała o jakimś polskim bohaterze narodowym. To po nim mam to imię. – odpowiedziała, a ja zgłupiałem zaskoczony. – I od wódki.
– Czekaj, czekaj, chcesz mi powiedzieć, że masz imię po Lechu Wałęsie?
– O tak, właśnie po nim. Mama nie chciała, bym nazywała się Gabriela, bo takich tu dużo. A tak to przynajmniej oryginalnie. – stwierdziła,
No nie da się ukryć.
– A poza tym mamy tutaj taką wódkę, która nazywa się tak samo. – zaśmiała się.
Pomijając sam absurd całej sytuacji, zapytałem:
– To skoro masz imię po wódce i po polskim bohaterze narodowym i spotkałaś się właśnie z Polakiem to co teraz powinniśmy zrobić?
Nastała cisza, dziewczyny spojrzały na siebie, Valeska wzruszyła ramionami.
– Ech, poczekajcie chwilę. – wstałem i poszedłem do baru zamówić szoty. (z zamówieniem tego po portugalsku najwyraźniej nie miałem żadnych problemów, ale z zamówieniem dobrego obiadu to już tak!).
Gdy pan kelner przyniósł szoty, które okazały się setkami, wyjaśniłem dziewczynom tradycję toastów i powolutku poszło. Na kilka razy. Cudownie było obserwować jak z toastu na toast Valesce twarz uśmiechała się coraz bardziej.

Gdy się żegnaliśmy poczułem w brzuchu TO.
Uczucie, którego nie lubię, ale znam doskonale. No tak, nieświeże mięso z truskawkami i kaparami. Trzeba było przyśpieszyć. Mknęliśmy zatem przez wieczorne Porto Alegre slalomem mijając ludzi. Po drodze C. mówiła, że też cholernie ją brzuch boli po tym jedzeniu. Z tą różnicą, że po powrocie do domu ja pozbyłem się balastu, a ją trzymało jeszcze przez dwa dni.

__________

INFO PRAKTYCZNE

Wystawa w Santander Cultural, muzeum miasta i galeria sztuki współczesnej
– dostępne za darmo.

Obiad: mięso, frytki, sos truskawkowy [?] – 31 reali

szot – 10-15 reali

Centro Historico polecam zwiedzać na piechotkę.
Wszędzie blisko i zobaczycie zdecydowanie więcej, niż komunikacją publiczną.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress