Salvdor – a miałem odpocząć po tych kilku dniach w podróży

Znów to się dzieje. Nie mam czasu na odpoczynek. Pierwszy dzień w Salvadorze miał być restowy po 3-dniowej podróży.

O niej pisałem tutaj:

Autologia niecenzuralna, czyli nerwy na pierwszym miejscu w podróży Sao Paulo – Salvador

Nie był.

Nie wyciągnąłem wniosków z objazdówki po Europie i USA. A raczej wyciągnąłem, ale nie wprowadziłem w czyn.

Ale po kolei.

Dzień poprzedni opisałem tutaj:

Autologia niecenzuralna, czyli nerwy na pierwszym miejscu w podróży Sao Paulo – Salvador

Gdy dotarłem w końcu z lotniska do Praca de Se, musiałem odnaleźć hostel. Pomogła mi nawigacja, ale w drodze do hostelu zaczęło lać. Ale bardzo intensywnie. Zanim się ogarnąłem z bagażami, aby się schować – przestało. Tropikalny opad? Serio?

Hostel odnalazłem. Znajduje się trochę na uboczu, ale jednak blisko centrum, a zwłaszcza Pelourinho.

Hostel raczej z tych biedniejszych, ale ma taras z widokiem na Salvador. Od razu zacząłem rozmowę z taką Hiszpanką (Hiszpanki jednak wciąż na tak), potem prysznic i jedzenie.

Gdy siedziałem na tarasie, zobaczyłem, że dla gości dostępna jest gitara.
Ależ dawno nie grałem!
Chwyciłem ją od razu i – nastrojona. Pięknie!

Po chwili dosiadła się do mnie młoda Francuzka, długie kręcone czarne włosy, miły uśmiech (jednak moc gitary to niezły wabik na dziewczyny!). Luana studiuje tu medycynę i przyleciała na 2 miesiące na praktyki. Poszliśmy na zakupy do jednego z tych małych sklepików wciśniętych w domostwo.
Piwo ma tu objętość 233 ml.
Co to ma być???

Potem poszliśmy do baru na przeciwko naszego hostelu. Trochę dziwny, bo wydaje się być mały, ale trzeba przejść przez niego, niejako przez kuchnię i dochodzi się na drugą stronę budynku, na taras z widokiem na zatokę. W dole cały port. I biedne brudne obskurne bloki. I dużo ludzi na tarasie. I gwar. I capirinha. Miała być jedna. Były cztery.
Capirinha to miejscowy specjał z cachasy, limonek ugniatanych z cukrem trzcinowym i dużą ilością lodu. Są inne odmiany capirinhi z różnymi owocami, ale jest także capivodka. Zdecydowanie jednak preferuję capirinhę. Ech, przepyszna!

Potem Luana zaprowadziła mnie do miejsca, gdzie Michael Jackson kręcił teledysk „They don’t really care about us”. Na balkoniku wisi jego poster, tam, gdzie stał w klipie i śpiewał. A ja poznałem, że przez  Pelourinho przecież już przechodziłem. Skądś znałem to miejsce, ale nie wiedziałem skąd. Już wiem. Urokliwe kolorowe kamieniczki w oświetleniu nocnym nabierają jeszcze piękniejszego klimatu. Zdecydowanie najbardziej atrakcyjna część Salvadoru.

O miejscu, w którym Jackson kręcił teledysk przeczytasz tutaj:

MOVIES LOCATIONS: Michael Jackson „They do’t really care about us”

3 dni w drodze dały mi się już we znaki, więc wróciliśmy do hostelu, bo jakoś zmęczenie mnie chwytało. A tam ekipa zbierała się do wyjścia, bo tylko we wtorki jest uliczna impreza. Więc moja asertywność skończyła się dosyć szybko. Gdy chcesz łapać chwilę to szkoda czasu na spanie. Poszliśmy i my. Luana cały czas się tuliła do mnie i głaskała po ręce. Jak kotka jakiegoś. Przyjemne to było. Na Terreiro de Jesus był koncert, jakaś kapela śpiewała i grała sambę, a tłum ludzi sobie tańcował. Bez krępacji, z otwartością aż nazyt. I kolejna capirinha.

Impreza przeniosła się na uliczki Pelurinho, gdzie chłopaki ze szkoły bębniarskiej Olodum robili show. A może to nie było show, bo jak się dowiedziałem co wtorek świętują oni odzyskanie niepodległości w ten właśnie uliczny sposób. No i bębniarze ci z charakterystycznym znaczkiem kolorowej pacyfki wystąpili także w teledysku MJ. Ich barwny i melodyjny korowód przemierzał powoli uliczkami Pelourinho, wprawiając nas w arcypiękny zachwyt!

Jednak zmęczenie moje wygrało, Luana rano szła do pracy, więc wróciliśmy do hostelu.
Zbombardowany wrażeniami nawet nie wiem kiedy zasnąłem…

Następny dzień opisuję tutaj:

U źródeł capoeiry, a właściwie w samym epicentrum


Comments are Closed

© 2021: Polak w podróży | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress